Klub kawalerów i wojna

Stefan Kisielewski:  Sprzysiężenie

Klub kawalerów i wojna

W komedii Michała Bałuckiego „Klub kawalerów” kilku panów zaklina się, że nie będą się zadawali z płcią przeciwną. Takoż i w debiutanckiej oraz uznanej za skandalizującą, szkodliwą, pornograficzną etc. powieści Stefana Kisielewskiego „Sprzysiężenie”. Trzech młodych, dobrze odżywionych, zdrowych na ciele i umyśle jegomościów umawia się, że natura nie będzie im regulować popędu, tylko wzniosą się wyżej, ku Parnasowi i obłokom, na same wyżyny ducha. Dziś byśmy powiedzieli: głupie, nie? – ale wtedy, w epoce innego wychowania, innego podejścia do spraw damsko-męskich przekroczenie przez młodzieńca (i pewnie przez pannę) Rubikonu erotycznego to było zagadnienie. Nie zadawać się z płcią przeciwną – ale właściwie czemu? Może ze strachu przed żywiołem kobiecości, który próbuje usidlić oraz ujarzmić mężczyznę, czym prędzej obsadzić go w roli ojca dzieci i dostarczyciela finansów – a tu chciałoby się jeszcze podokazywać bez gorsetu przedwczesnych obowiązków. Odrzucenie kobiet ma złe skutki; może skutkować stoczeniem się w pederastię, jak to się zdarza jednemu z bohaterów „Sprzysiężenia”, a może też uczynić życie pustym i poplątanym, w którym rozeznać się trudno. Myślę, że na tę dziwną powieść wpłynęły okoliczności jej powstania. Autor pisał w dużej mierze o sobie, relacjonował własne doświadczenia erotyczne (mocno spóźnione – sugerowali koledzy) i alkoholiczne (przedwczesne i zaawansowane). Pisał tę powieść w ciemną noc okupacji, gdy wszystko wydawało się stracone, na ulicach Warszawy szalał terror, rozbrzmiewały strzały, walili się na ziemię rozstrzelani ludzie – a Kisielewski pisał, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie. Bo i była – dla niego, a i poniekąd dla nas. Nie czytając wcześniej „Sprzysiężenia”, nie wiedząc o odsądzaniu Kisiela od czci i wiary – widzę anachroniczność tej prozy, pełnej opisów i analiz,...
Miasto wypędzonych

Jacek Inglot:  Wypędzony. Breslau – Wrocław 1945

Miasto wypędzonych

Oto powieść Jacka Inglota „Wypędzony”, która podejmuje wiecznie żywy temat eksmitowania ludzi z ich domów, miast i gospodarstw i przesiedlania gdzie indziej. Tak się stało z Polakami zamieszkującymi Kresy, takiego też losu doświadczyli Niemcy, którym po II wojnie kazano się wynosić za Odrę. Ich miejsce zajęli ludzie napływający ze wschodu, mówiący innym językiem, mający inne przekonania. Wielki stalinowski spychacz historii przemieścił w ten sposób niejedną nację, otwierając nowe rachunki krzywd. Prawie 70 lat po zakończeniu II wojny światowej proces przejęcia Ziem Odzyskanych wydaje się nam bezkolizyjny: zostały wyzwolone, oddane Polsce, na miejsce Niemców sprowadzili się Polacy i fertig. Powieść Jacka Inglota na przykładzie Wrocławia dowodzi, że nie wyglądało to ani tak prosto, ani bezboleśnie. Nie było pewności, że miasto i Dolny Śląsk pozostaną na stałe przy Polsce, jego niemieccy mieszkańcy zamierzali w nim pozostać i walczyć o jego niemiecki charakter. Polacy nie dopuszczali takiego rozwiązania. Okres, w którym decydowało się, jaki sprawy przybiorą obrót, obejmuje akcję tej dobrze napisanej, udokumentowanej i wyważonej w racjach książki. Zrujnowane w 70 procentach Festung Breslau stało się celem wypraw szabrowników, co „Wypędzony” ukazuje bez osłonek. Grabiono nie tylko to, co pozostało po zabitych; zorganizowane bandy nawiedzały strefy zamieszkane i odbierały właścicielom dobytek. Pokonani Niemcy nie mieli żadnych praw, a w obliczu zbrodni, jakich się dopuścił reżim hitlerowski, wszelkie represje wobec nich uważano za usprawiedliwione. Inglot, zresztą mieszkaniec Wrocławia, ukazuje, jak to wyglądało na co dzień. Teza książki, tak jak ją odczytałem, brzmi: aby powstał polski Wrocław, musiało dojść do zamordowania niemieckiego Breslau. Koegzystencja dawnych mieszkańców z przybyszami z centralnej Polski i wysiedlonymi z Kresów była nie do pomyślenia, tak jak niemożliwe było zachowanie...
Bycze demony, wężowe duchy

Mo Yan:  Obfite piersi, pełne biodra

Bycze demony, wężowe duchy

Była już w Polsce podobna książka: „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin” Jung Chang stanowiła panoramę XX-wiecznej historii Chin, zrelacjonowanej poprzez dzieje matki, córki i wnuczki. „Obfite piersi, pełne biodra” tegorocznego noblisty Mo Yana także wprowadzają na pierwszy plan rodzinę złożoną niemal z samych kobiet. Mężczyźni albo poginęli, albo nie nadają się do niczego, jak główny bohater Jintong, który nawet przysłowiowych uśmiechów fortuny nie potrafi wykorzystać. Podobne bezchłopie w cyklu Marii Nurowskiej „Panny i wdowy” dowodzi, że jest to standard międzynarodowy: tam, gdzie toczą się wojny, kobiety zmuszone są brać sprawy w swoje ręce, aby ocalić siebie i swoje dzieci. Powieść Yana jest obszerna, a i tak nie mieści wszystkiego – wypadł z niej np. 15-letni pobyt Jintonga w karnym obozie pracy. Największe wrażenie robią czasy tuż po II wojnie, kiedy walec totalitaryzmu przetacza się po krainie Jangcy w całej swej krasie i bezwzględności. Ta część „Obfitych piersi” – epizody z wojny domowej, zaprowadzanie nowego porządku przez idiotów wyposażonych w nagany (sowieckie wzorce były tu wysoko cenione), niszczenie struktur ekonomicznych, ofiary z ludzi dla bożka komunizmu – robi wrażenie nie przez wykwintny, wysoce artystyczny zapis, lecz przez wymowę gołych faktów. Gdy rewolucja rozstrzeliwuje nawet dzieci wrogów klasowych, „Nosicieli Pięciu Trucizn”, trudno do tego przykładać cywilizowane miary. Uderzyła mnie zbieżność Jintonga z Oskarem Matzerathem z „Blaszanego bębenka” Grassa. Tu i tam upośledzony pod pewnym względem bohater staje się przymusowym świadkiem historii. Kataklizmy walą się na jego świat jak fale tsunami – i po każdym takim uderzeniu świat ten z uporem zbiera się do życia. Widzimy naturalistycznie opisaną wojnę, w której centrum pląta się Shangguan Lu z dziewiątką dzieci niby jakaś matka...
Upadek biskupa

Philip K. Dick:  Transmigracja Timothy’ego Archera

Upadek biskupa

Kiedy umiera pisarz, jego czytelnicy zastanawiają się czasem, co by jeszcze wyszło spod jego pióra, gdyby nie opuścił tak wcześnie tego padołu. Ale bywa i odwrotnie: twórczość denata wydaje się zamknięta, dopełniona, a nurt, do którego należały ostatnie dzieła – wyczerpany.  Philipa Dicka, zmarłego grubo przedwcześnie w marcu 1982 roku, zaliczyłbym do tej drugiej kategorii. Umowna trylogia metafizyczna, którą pisał w ostatnich latach życia, została zakończona „Transmigracją Timothy Archera”, nowa powieść zaś, na którą podpisał umowę, nie rysowała się wyraźnie. Był jednak Dick autorem nieobliczalnym i wszelkie gdybanie jest tu obarczone sporym ryzykiem. Tytułowego bohatera „Transmigracji” Dick wzorował na poznanym w latach 60. biskupie episkopalnym Kalifornii Jamesie Pike’u, z którym toczył teologiczne dyskusje. Onże biskup – gadacz, erudyta, mąż wpływowy i znakomity – został w pewnym okresie swego życia dotknięty zasadniczymi wątpliwościami odnośnie kanonów wiary. Stało się to pod wpływem zwojów z Qumran i rewolucyjnych wniosków, jakie z ich lektury wynikały. W tym samym czasie biskup uległ kobiecym wdziękom i od tego momentu erozja jego osobowości nastąpiła w piorunującym tempie. Dick wzorował swoją powieść niemal dokładnie na znanych mu z bliska wydarzeniach. Ostatnia powieść autora „Ubika” jest więc studium upadku kościelnego luminarza, który winien służyć wzorem, przykładem i nauką – a stał się faryzeuszem, głoszącym z ambony jedno, a w życiu praktykującym drugie. Ktoś o prostszym intelekcie widziałby tę dwudzielność wyraźnie; jednakże erudytę tej klasy co Archer stać na mrowie cytatów relatywizujących jego czyny i w efekcie mota się coraz bardziej w kokony samousprawiedliwień, podejrzaną argumentację itp. Gdy więc biskup puścił się zbawczych ram, w których dotąd działał i występował, gdy wylazł z gorsetu duchownego i poszedł w zbyt...
Wycieczka krajoznawcza

Cormac McCarthy:  Rącze konie

Wycieczka krajoznawcza

Trwa festiwal Cormaca McCarthy’ego, najlepszego spośród żyjących pisarzy amerykańskich. Był już u nas wydawany u schyłku XX wieku, ale przeszedł bez echa. Przełom, wydaje mi się, nastąpił wraz z publikacją szarpiącej nerwy „Drogi”, ukazującej świat po zagładzie, a w nim ojca z małoletnim synem próbujących utrzymać się przy życiu na tych zgliszczach. „Rącze konie”, powieść wcześniejsza od „Drogi” o 12 lat, otwierająca Trylogię Pogranicza, na pierwszy rzut oka mało jest do tamtej podobna. Rzecz się dzieje po II wojnie na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, żaden kataklizm nie grozi – a jednak świadkujemy dramatowi o nie mniejszym natężeniu. Oto dwaj amerykańscy chłopcy w wieku przedpoborowym wsiadają na koń i ruszają na południe. Z jednej strony nie mogą sobie znaleźć miejsca w życiu i między dorosłymi, z drugiej pociąga ich romantyka zawodu kowboja, a na koniach znają się wyśmienicie. Rychło okazuje się, że Meksyk to źle obrany kierunek. Kraj jest przytłumiony nędzą, ludziska łakomie popatrują na ich konie, a młodzi Amerykanie w roli włóczęgów skłaniają do różnych podejrzeń. McCarthy wchodzi na swój ulubiony temat, kłopoty z przetrwaniem na poziomie biologicznym: nie ma co jeść, pieniądze się skończyły, wokół obce terytorium. Sytuacja normuje się, gdy znajdują pracę na bogatej hacjendzie i mogą się wykazać tym, co potrafią – znajomością koni. Niestety, John Grady zakochuje się ze wzajemnością w córce latyfundysty i to jest początek wielkich kłopotów. Gdyby trochę zmienić realia, z opisu trudno byłoby poznać, czy bohaterowie trafiają do więzienia w Meksyku, czy do łagru w Rosji. Ta sama pogarda dla przepisów, ten sam cynizm stróżów prawa, takie same urągające ludzkiej godności warunki bytowania. W wieku 16 lat John Cody, fałszywie oskarżony wraz z...
Zamordyzm komiczny

Piotr Gociek:  Demokrator

Zamordyzm komiczny

Kto powiedział, że z poetów nie ma żadnego pożytku? Piotr Gociek, zanim wziął się za prozę, zajmował się wierszami, i to z dobrym efektem. Porzucił jednak to zajęcie jako niepoważne i debiutował właśnie potężną powieścią „Demokrator”, jakże nietypową dla tego, co się pisuje nad Wisłą i Odrą. Wszystko w niej zaskakuje: i temat, i jego ujęcie, i forma, i humor nieczęsto goszczący w polskich produkcjach literackich. Zamiast opiewać rodzimych nieudaczników albo pederastów pijących wino po krzakach, Gociek udał się w fantastykę. Coś mi przypomina jego Gorodopolis z biało-granatowo-karmazynową flagą i Gubernatorem, który wszystko umie lepiej. To wyjdzie z loży i zagra koncert w sposób zawstydzający artystów, to wejdzie z trybun do bramki i obroni karnego w godnym podziwu stylu, a przemówienia wygłasza wyłącznie historyczne. To prawie jak sam Kim Ir Sen, na miejscu dowodzący produkcją w fabryce albo instruujący robotników na budowie, jak mieszać cement. Ale dla naszych skromnych potrzeb Gubernator wystarczająco wyraźnie kojarzy się z Putinem, a Gorodopolis częściowo ze Związkiem Sowieckim, a częściowo z matuszką Rosją. Jest „Demokrator” pafletem na dzisiejszą Rosję i wczorajsze Sowiety, na wielkoruski szowinizm, kult siły i robienie w bambuko społeczeństwa, na wielkoskalowość wszystkiego: oszustwa, zbrodni i nadużyć władzy. Gociek ma wspaniałe pomysły, które rzuca jakby od niechcenia: oto Maraton Sprawiedliwości, „stugodzinny cykl wydawania wyroków”, albo cieszący się wielkim uznaniem widzów program w szajdowizji „Co tydzień wojna”. Moim ulubionym jest wszakże WYSZPAR 11 – Wędrowny Szpital Armijny nr 11, według regulaminu „mobilna jednostka bojowa o wartości bojowej jednej brygady”. Jak jednak mieli „do boju stawać jego pacjenci, skoro zamiast musztrą zajęci byli ogołacaniem mijanych drzew z liści i kory, które to smakołyki żuli...
Strona 3 z 41234