Ostatni cierpią jak pierwsi

Cormac McCarthy:  Suttree

Ostatni cierpią jak pierwsi

Fala mrozów w Polsce spowodowała śmierć kilkudziesięciu osób; przy tej okazji dowiadujemy się o skandalicznych warunkach, w jakich ci ludzie żyli. Jest to rodzaj egzystencji, której biologiczne podstawy są ustawicznie zagrożone i bardzo cienka granica – kilka stopni Celsjusza – dzieli człowieka od unicestwienia. W podobny sposób życie ludzkie przedstawione jest w całej twórczości Cormaca McCarthy’ego, z której otrzymaliśmy kolejny tom, zatytułowany od nazwiska głównego bohatera „Suttree”. Bohaterów powieści McCarthy’ego nie chroni, nie oddziela od świata bufor cywilizacji – mur ciepłego domu, przyzwoite odzienie, zasobny portfel będący efektem etatowej pracy. Ci ludzie nie układają planów, bo nie mają przyszłości, nie przejmują się, czy dostaną emeryturę i w jakiej wysokości, bo ich troską jest przeżyć  z dnia na dzień. Gdy zapadną na zdrowiu, leczą się własnym sumptem albo umierają. Wprawdzie w powieści Suttree występuje na pierwszym planie, ale w tle przewija się galeria niekiepskich obdartusów i oryginałów, a co jeden to lepszy. Czytelnik bywa wręcz zafascynowany pogardą, jaką ci ludzie okazują uregulowanym, społecznie akceptowalnym formom życia. McCarthy tu i gdzie indziej opiewa więc codzienną walkę o przetrwanie biologiczne na samym dnie, wśród ruin i odpadków, gdzie ludzki odruch, bezinteresowna pomoc są świętem – chociaż się zdarzają. „Ludzie zdeformowani, czarnoskórzy albo obłąkani, w ucieczce przed wszelkim porządkiem, obcy w każdym kraju”, definiuje ich autor. Swojej egzystencji nie wybierają, ale zostają na nią skazani wyrokiem jakiegoś odgórnego sądu. Suttree jest wśród nich wyjątkiem, bo on jeden w takim życiu gustuje, zdecydował się na nie mogąc żyć inaczej. Ale i jego spycha w głąb, pośród meneli i męty ludzkie, jakieś fatum, a z którym walczyć nie sposób. Wydawca nazywa „Suttree” najzabawniejszą książką McCarthy’ego....
Czas życiowych rozliczeń

Kurt Vonnegut:  Popatrz na ptaszka, Tabakiera z Bagombo

Czas życiowych rozliczeń

Prawie równocześnie ukazały się dwa zbiory opowiadań zmarłego w 2007 roku Kurta Vonneguta: piąte wydanie „Tabakiery z Bagombo” i „Popatrz na ptaszka”. Razem grupują 40 opowiadań z wcześniejszej twórczości mistrza, przeznaczonej do czasopism. Oprócz nich ukazał się do tej pory tylko jeden zbiór, „Witajcie w małpiarni”. A w krótkiej formie był Vonnegut wcale nie gorszy niż w swoich prześmiewczych powieściach. Jest w nowych zbiorach mniej Vonneguta sarkastycznego, ironizującego z jaśnie wielmożnej ludzkości i jej przedstawicieli, a więcej rzewnego, wyrozumiałego dla ludzkich słabości i przywar. Sporo tekstów w obydwu tomach obraca się wokół kwestii rozrachunkowych: kto kim mógł być, a nie został i dlaczego, jak ludzie rozpamiętują swe dawne marzenia i jak się wobec nich rozliczają. Podstawowym branym na serio kryterium jest pieniądz i stan posiadania; pewnym zdumieniem napawa bohaterów Vonneguta konstatacja, że mogłoby się liczyć coś jeszcze: rodzina, miłość, w przypadku mężczyzn władza i znaczenie. Dziwnie się przy tym złożyło, że teksty pisane u zarania wielkiej kariery literackiej, poświęcone w dużej mierze bilansom życiowym, ukazały się w książkach pod sam koniec życia autora, kiedy czas na rozliczenia wydawałby się bardziej stosowny. Co mnie trochę zdumiało, mało pisał wtedy Vonnegut opowiadań z gatunku fantastyki z futurologią, ale są i takie. „Konfido” informuje o zabójczo wzmacniającej ludzkie ego maszynce, „2BR02B” o regulowaniu populacji metodą radykalną: kto się rodzi, temu musi ustąpić miejsca osobnik żyjący – liczba mieszkańców Ziemi ma być constans. „Mili ludeczkowie” traktują o przylocie do nas kosmitów w pojeździe przypominającym nóż do otwierania listów, ale na innym planie opowiadają o facecie mordującym żonę. „Mrówcze skamieliny” to rzecz antytotalitarna, archeolodzy odkrywają w starych pokładach geologicznych wymarłą cywilizację mrówek, które mieszkały...
Sto kobiet i sto książek

David Lodge:  Który stawał na wysokości zadania

Sto kobiet i sto książek

W Polsce przyzwyczailiśmy się myśleć o Herbercie George’u Wellsie jako o klasyku science fiction, genialnym wizjonerze, autorze takich dzieł jak „Wojna światów”, „Wehikuł czasu” czy „Niewidzialny człowiek”. Tymczasem zainteresowania Wellsa były o wiele szersze, obejmowały kwestie społeczne, a wiele jego powieści można zakwalifikować jako obyczajowe, opiewające konflikty pomiędzy płciami czy emancypację młodych panien. Człowiek niskiego pochodzenia, jak się wtedy mówiło, dzięki swemu talentowi wdarł się na szczyt ówczesnej angielskiej socjety, był sławny, był obiektem zazdrości i tematem plotek, do czego zresztą dawał tysięczne powody. Na pewno był najważniejszym angielskim pisarzem do lat 20. minionego wieku, autorem dzieł literackich i traktatów upozowanych na naukowe. Próbę fabularyzowanej biografii tak ciekawej i wielowymiarowej postaci podjął David Lodge, sam pisarz, w Polsce znany z dziesiątka powieści, które bym zaliczył do nurtu powieści akademickiej. Od razu dodajmy: jest to próba bardzo udana, najwybitniejsze bodaj dokonanie literackie Lodge’a, pokazujące Wellsa od przodu i od tyłu, jako literata i jako, co tu ukrywać, rozpustnika. Pisarza przedstawia się poprzez jego książki; Lodge na tym nie poprzestał, przedstawiając go też poprzez kobiety, które posiadł. Liczbę jednych i drugich oszacował na setkę, i jak bywa w takiej liczbie, jedne były znaczące, a inne przeminęły bez echa. Wydawca polski postanowił, chyba ze względów komercyjnych, podkreślić ten drugi aspekt, dając jadowicie różową okładkę i zmieniając tytuł na „Który stawał na wysokości zadania”. Zabieg ten, utożsamiający poniekąd człowieka z jego organem seksualnym, niczego oczywiście Wellsowi nie ujmuje: hojnie podobno obdarzony przez naturę, rekompensował sobie tym niski wzrost, piskliwy głos i przeciętną aparycję. Kobiety jednak do niego lgnęły, nie tylko ładne, ale i młode, on zaś uszczęśliwiał je organem, który sądząc z biografii...
Strona 4 z 41234