Dzień 53, niedziela 26 kwietnia 2020

Dzieje się tak jak rzekłem: w kwietniu, z miesięcznym wyprzedzeniem, rozpoczęło się u nas australijskie lato. Palą się bagna nad Biebrzą w tamtejszym parku narodowym. Oczywiście w dawniejszych czasach bagna były raczej niepalne, jednak w XXI wieku to się zmieniło. Poziom wody opadł, tu i tam bagna wyschły, trzciny suche jak pieprz, przyjemnie rzucić zapałkę i patrzyć, jak się wszystko hajcuje. Jedni mówią o sześciu, inni o 10 tysiącach hektarów trawionych ogniem. Ptaki, które teraz w tych trzcinach mają teraz okres lęgowy, razem z potomstwem idą równo pod nóż. Kogoś, kto te trzciny czy trawy podpalił, trzeba by bez sądu zastrzelić za zbrodnię przeciw ludzkości i w następnych latach niechybnie będzie do tego dochodziło.

W piątek, na św. Marka Ewangelisty, zainaugurowaliśmy sezon w Zenonowie. Napaliliśmy w piecu i przespaliśmy bez kłopotu. Cały dzień i w nocy miało lać; nie spadła ani kropla.

Wirus, druga nasza dolegliwość, ma się jak najlepiej. Liczba zarażonych minęła swobodnie 10 tysięcy, a dziś widzę, że nawet 11 tysięcy. Graniczna liczba chorych, o której mówiłem w wywiadzie, wynosząca 100 chorych na milion, została przekroczona trzykrotnie. To oznacza, że łatwiej złapać wirusa np. na ulicy, a jednocześnie trzeba będzie dłużej żyć w jego towarzystwie. Jest fascynujące obserwować, jak pojedynczy czynnik o prostym dobrze zdefiniowanym działaniu jest w stanie odmienić oblicze cywilizacji; życie staje się jednak coraz bardziej uciążliwe i końca wirusa nie widać. W tej chwili zaznaczają się dwa modele w podejściu do pandemii. Pierwszy: bierzemy na przeczekanie, stosujemy rygory, zamykamy wszystko co się da, a przede wszystkim ludzi w domach. Za jakiś czas mamy może mniej chorych (gwarancji nikt nie da), ale zaczyna brakować jedzenia i środków do życia. Drugi wariant: pozwalamy się ludziom wychorować, niech nabiorą odporności, kto ma wymrzeć, niech wymiera, ale generalnie społeczeństwo jest w ruchu i w ograniczonym stopniu działa. Pierwszy model, nazwijmy go „dwutygodniowym”, został zastosowany w Polsce, drugi natomiast w Szwecji. Nie mówimy oczywiście o państwach, gdzie wszystko puszczono na żywioł, jak Białoruś, której dyktator nazywa zmarłych na koronawirusa fajtłapami.

Teraz widać, że model „dwutygodniowy” wystarcza na krótko. Gdy pandemia nie zamierza ustąpić, trzeba od niego odejść, i to właśnie dzieje się w Polsce. W przypadku puszczenia wszystkiego na żywioł – ale kontrolowany – ster społeczny można w tej pozycji zablokować na dłużej. Wtedy cierpliwość wirusa mierzy się z cierpliwością społeczeństwa i nie mam wątpliwości, kto z tej konfrontacji wyjdzie zwycięsko. Optymalizacja podejścia do problemu polegałaby na tym, żeby wyrysować krzywe przyrostu zachorowań w obu przypadkach (ale w oparciu o jakie dane? goła liczba zakażeń to chyba za mało) i patrzyć, gdzie się przetną. Nic nie słychać ostatnio o modelach matematycznych epidemii, o których było głośno w marcu – czyżby okazały się bezsilne? Jak to u nas: ciekawostka, chwilowa moda, brak pracy umysłowej nad tym, żeby rozeznać się w zjawisku.

Czytam tu i ówdzie, że wirus mógł być jednak wyprodukowany przez Chiny. Nie drogą inżynierii genetycznej, bo takie operacje zostawiają ślady w genotypie, ale np. przez sztuczne mutacje. Nikt ich nie odróżni od naturalnych, a tych podobno Chińczycy zidentyfikowali 33. Niedaleko Wuhan, skąd wirus rozprzestrzenił się na świat, działa laboratorium wirusologiczne i nie wierzę, żeby tylko zacne cele pokojowe przyświecały jego badaniom. W rozpuszczanie wirusa z premedytacją przez Chińczyków nie wierzę, ale w wymknięcie się go wskutek niechlujstwa już bardziej. Widać, że Chiny dzisiejsze jako dalekosiężny cel widzą opanowanie świata i zmierzają do tego małymi kroczkami. Ot, zajęli ostatnio jakieś sporne wyspy, o które nikt nie podniesie rabanu; wysadzą tam ludzi albo zorganizują bazę i kto będzie chciał z nimi zadrzeć, musi najpierw zbombardować i zatopić ten stacjonarny lotniskowiec.

Wczoraj czy przedwczoraj zadzwonił Jurek Krygier z Myślenic z propozycją, że tamtejsza gazeta lokalna „Sedno” chciałaby przedrukować słynny wywiad z „Polski – The Timesa”. Oczywiście dałem zgodę. Przy okazji zgadało się, ile procent ludzkości to naprawdę idioci (w wywiadzie podałem, że 90). Przeglądając parę dni wcześniej internet natrafiłem na spór dwóch panien, w których jedna nazwiskiem Adrianna Śledź odpadła z programu „Wyspa miłości”, ale sam udział z miejsca awansował ją do grona celebrytek. Widziałem przez mgnienie ten program w wersji polskiej, a potem też zagranicznej. Zdrowo wyglądający, skąpo odziani, odmóżdżeni zgodnie z panującą modą celebryci płci obojga pętają się po bungalowach, w tle morze jak z widokówki, żadnych złych efektów klimatycznych nie widać. Ich dialogi przyprawiają o ból śródgłowia. Jak się okazuje, potrafią też pisać: „Wiki, pamiętaj, że nadzieja umiera ostatnia i kogoś sobie w końcu znajdziesz”, pisze celebrytka do urażonej jej powodzeniem przyjaciółki (byłej). Może nawet nie bez zamierzonej ironii, tylko z chęci niesienia pociechy. „Kogoś to ja chyba tracę, głupia cipo”, pada niekulturalna odpowiedź. Redaktor dodaje do tego istotną informację, że po odpadnięciu z „Wyspy miłości”, czego widzowie bardzo żałowali, Adrianna rozpoczęła „prężną działalność influencerską”. Co to znaczy, nie wiem i nie próbuję się dowiedzieć, ale spodziewam się najgorszego.

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Stalker Books

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Stalker Books

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Stalker Books

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Stalker Books