Dzień 59, sobota 2 maja 2020

Z zapowiadanego tygodnia ciągłych deszczów wykroiły się może dwa dni. Pokropiło raczej niż polało; eksperci i pogodynki, którzy w TV malowniczo zamartwiali się, że taka ogromna ilość wody nie zdąży wsiąknąć i spłynie bezużytecznie, mogli uspokoić skołatane nerwy. Ale i tak widać ogromną różnicę: trawa napiła się, drzewa też jakieś mniej osowiałe. W Zenonowie liście już nie szeleszczą pod butami jak wiechcie papieru, powietrze zrobiło się bardziej rześkie i w ogóle chce się przebywać na tzw. łonie natury. Wkopaliśmy z Bereniką kamień do ogniska, który toczyliśmy przez pewien czas z pół kilometra po drodze; teraz wzmocnił w najsłabszym miejscu ocembrowanie wokół paleniska. Ale nic nie podlewałem z wyjątkiem szczypiorku i najmniejszych drzewek: buczka od Tokarczuk i świerczka przeniesionego spod werandy, kiedy jeszcze nie było wiadomo, co to właściwie za roślinka.

Czasem w takich wypadkach, kiedy uda się coś małego zrobić, myślę o Janie Józefie Szczepańskim i jego domu na Lubogoszczy. Wykonane prace kwitował w Dzienniku: zrobiłem to i tamto. Nawet jak wpadał na dzień czy dwa, starał się coś naprawić, załatwić. Kiedy już miał auto, było to prostsze. Wcześniej, zaraz po wojnie, brał 35 kilo plecaka na bary i szedł piechotą z Krakowa do Mszany, mijając zapewne po drodze Myślenice. Ile to kilometrów? – chyba z osiemdziesiąt. Na samym końcu czekała go wspinaczka na Lubogoszcz, przy której sam wyplułem płuca, a nie miałem wielkiego bagażu ani tyle drogi w nogach. Ech, tytani przeszłości, gdzie nam, maluczkim, do ich krzepy fizycznej i umysłowej.

Pożar na bagnach biebrzańskich ugaszono jeszcze przed falą deszczu. Pod nóż gorejący poszło 5,5 tysiąca hektarów i nie wiadomo ile tabunów zwierząt; w internecie widziałem zdjęcie nadpalonego jeża, który chyba przetrwał w niezłej kondycji, i żaby leżącej na plecach, białym brzuchem do góry, tylne nogi miała wyprostowane na całą długość, a przednie złożone na piersi jak człowiek. Ktoś napisał, że słyszał spoza ognia wycie ptaków, mogę sobie tylko wyobrazić, jaki to dźwięk.

Z koronawirusem dzień jak co dzień: nowe przypadki, nowi zmarli, nowi wyleczeni i wypuszczeni na wolność, z którą nie bardzo wiadomo, co zrobić. Wirus oplótł cywilizację jako ten wąż boa i dusi, a chwytu nie poluźnia. Tu i tam ogłoszono przezwyciężenie pandemii, ale w Europie centralnej daleko jesteśmy od wygaszenia. Z tego co widzę pali się Rosja i coraz bardziej Białoruś – co ja tak się trzymam terminologii pożarniczej? – gdzie bat’ka Łukaszenka pozostawił społeczeństwo sam na sam z zagrożeniem. Z kolei Korwin-Mikke powiedział, że on nie widzi żadnej epidemii, bo na grypę i na raka mrze o wiele więcej ludzi i nikt z tego nie robi sensacji. No, pewna różnica jednak jest: nowe zjawisko, obejmujące cały świat, trudne do zwalczenia, haracz płacony nieboszczykami też niemały. Niewykluczone, że będziemy musieli żyć na stałe z koronawirusem jak z HIV-em nie przymierzając, dopisać go do listy plag nękających ludzkość, a miejsca na tej liście prawie już nie ma.

W zeszłotygodniowym Plusie-Minusie przeczytałem wywiad z Łukaszem Orbitowskim, z ciekawości, co teraz robi i co myśli. Nie chce pisać o epidemii. „Nie ma takiej opcji. Dostałem niedawno ofertę pisania dziennika czasów zarazy. Wydaje mi się, że każdy pisarzyna w kraju kleci taki dziennik z zamiarem wydania. Nie zamierzam być w tym gronie.”

Cóż, jakby zaglądał mi przez ramię. Z tym że ja nie mam zamiaru tego wydawać, uważam, że piszę rzecz pozbawioną wartości, obserwacje z drugiej ręki, oczywiste sądy. Może nabrałoby to bigla, gdybym znalazł się w centrum wydarzeń – ale w tym celu trzeba by zachorować, przejść gehennę związaną z dostaniem się do szpitala, tam powalczyć ze śmiercią, wyjść ze zdemolowanymi płucami, a jeszcze lepiej umrzeć – o, to by dodało dramatyzmu tym zapiskom. Niewykluczone, że nadałoby się nawet na pointę.

Zastanawiałem się, czy Orbitowski widział mój dziennik czasu zagłady, przypuszczam, że nie. Sam niby nie pisze o epidemii, ale właściwie pisze: „Piszemy dla żartu z Twardochem o zarazkach (…) pracujemy naprzemiennie i nie konsultujemy niczego. Nie mamy żadnego planu i pretensji do siebie. (…) Nie udajemy, że to jest jeden autor. Jeden nie stara się naśladować stylu drugiego. (…) Generalnie książka robi się coraz bardziej wariacka i ludzie zaczynają się gonić.” Chyba bym nie mógł w ten sposób. Generalnie dlatego, że pisanie zawsze było dla mnie czynnością niekonieczną, może nawet odrażającą; imałem się go gdy już nie było innego wyjścia. Daleko mi do podejścia bodaj Dukaja, który w stukaniu w maszynę – bo chyba powiedział to w czasach przedkomputerowych – widział prawie fizyczną przyjemność. Ja nie widziałem. To co robią Orbitowski z Twardochem nawet mnie lekko zdumiewa: wyobraźmy sobie kogoś, kto cały dzień łupie kamienie na drodze. Kończy robotę i zamiast iść na piwo rzecze: a, dla rozrywki jeszcze trochę porozbijam tych kamieni. Niech tak nie leżą bezkarnie.

Chyba że mają nadzieję, że jednak wyjdzie im z tego książka. Wtedy miałoby to więcej sensu. Wtedy podejście takie byłoby równie dobre jak każde inne. Tylko po co udawać, że to tylko zabawa? Dla minoderii i kokieterii?

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Stalker Books

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Stalker Books

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Stalker Books

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Stalker Books