Dzień 97, wtorek 9 czerwca 2020

Polska jest krajem paradoksów. Gdy koronawirus rzeźbił Włochy, Hiszpanię, Francję. Anglię, Szwecję – my ogłosiliśmy się strefą sukcesu medycznego. Niski poziom zarażeń, niewiele trupów, wypłaszczona krzywa przyrostu zakażeń, te rzeczy. Dzięki zapobiegliwości rządu, dyscyplinie społeczeństwa, mądremu stosowaniu zakazów uniknęliśmy plagi, plaga się nas – narodu wybranego – nie imała. Teraz wszyscy wychodzą spod wirusa jak spod wody, tylko u nas obciach. W weekend było ponad 1000 nowych zakażeń, a w jakiś pojedynczy dzień – ponad 600. Rekord. Trzeba by na nowo wprowadzić wszystkie stare zakazy, ale państwo już się słania na nogach, poza tym Europa już luzuje, nie wypada odstawać. Wielkie ogniska choroby wybuchają to na Śląsku, to w łódzkiem, to jeszcze gdzieś indziej. Ale naród ma dość, naród nie ma czasu czekać, aż się impet koronawirusa wyczerpie. Poza tym idą wakacje, schorowanym należy się wypoczynek.


Dzień 90, wtorek 2 czerwca 2020

W niedzielę po raz pierwszy od trzech miesięcy poszedłem do kościoła. Msza wieczorna, ludzi mniej więcej połowa tego co pamiętam, większość w maskach, ale niektórzy odważnie – bez. Ja zająłem swoje dawne miejsce przy orkiestrze – kilkoro entuzjastów przygrywa do mszy na gitarach i elektrycznych klawiszach. Dobrze śpiewają, zwłaszcza kobiety. Księdza przy ołtarzu widziałem przez brzozowe gałązki, bo przypadły akurat Zielone Świątki, ale reszta przebiegła normalnie. Dziwny widok spowiednika udającego się do konfesjonału w przyłbicy; zdawał się jej nie dostrzegać, jakby chodził w niej całe życie.


Dzień 78, czwartek 21 maja 2020

Koronawirus tak zezwyczajniał, że pisać się o nim nie chce. Na świecie zachorowało już 5 mln ludzi, z czego 320 tys. zmarło – a więc tak, jakby zdjąć z powierzchni Ziemi spore miasto. Ciekawie byłoby wejrzeć w strukturę tych zmarłych – wiekową, rasową, zdrowotną, dochodową. Nadreprezentacja jest chyba wśród pensjonariuszy domów starców; w Szwajcarii o w Szwecji połowa ofiar wirusa zmarła w domach opieki. Dziś czytam też, że w Europie nie przechorowaliśmy wirusa masowo, wskutek czego nie nabraliśmy odporności i druga, jesienna fala nas zmiecie. W Polsce liczba zarażonych dochodzi do 20 tys., z czego prawie tysiąc zmarło – liczby w marcu abstrakcyjne.


Dzień 64, czwartek 7 maja 2020

Wczoraj zmobilizowałem wszystkie siły i ruszyłem do PlusMinusa po książki. Dział prowadzi tam Marcin Kube i czasem coś do niego dla mnie przychodzi. Wsiadłem więc w 158, żeby zobaczyć przez szybę trochę życia. W autobusie jedzie po kilka osób, co całkowicie mi odpowiadało, wszyscy w maskach, ale starsze kobiety opuszczają je poniżej nosa. To już lepiej zdjąć całkiem. Lało; w trakcie suszy trafiłem taki dzień, że przemoczyłem tenisówki.


Dzień 59, sobota 2 maja 2020

Z zapowiadanego tygodnia ciągłych deszczów wykroiły się może dwa dni. Pokropiło raczej niż polało; eksperci i pogodynki, którzy w TV malowniczo zamartwiali się, że taka ogromna ilość wody nie zdąży wsiąknąć i spłynie bezużytecznie, mogli uspokoić skołatane nerwy. Ale i tak widać ogromną różnicę: trawa napiła się, drzewa też jakieś mniej osowiałe. W Zenonowie liście już nie szeleszczą pod butami jak wiechcie papieru, powietrze zrobiło się bardziej rześkie i w ogóle chce się przebywać na tzw. łonie natury. Wkopaliśmy z Bereniką kamień do ogniska, który toczyliśmy przez pewien czas z pół kilometra po drodze; teraz wzmocnił w najsłabszym miejscu ocembrowanie wokół paleniska. Ale nic nie podlewałem z wyjątkiem szczypiorku i najmniejszych drzewek: buczka od Tokarczuk i świerczka przeniesionego spod werandy, kiedy jeszcze nie było wiadomo, co to właściwie za roślinka.


Dzień 55, wtorek 28 kwietnia 2020

Opowiadanie SF, nie pamiętam czyje, nie pamiętam tytułu, ale scenerię jak najbardziej. Oto na zgliszczach czy też ruinach cywilizacji (czego będzie więcej?) dwie hordy miejskich niedobitków, dawnych księgowych i komorników, nastają na siebie zbrojnie. Biją się nie o teren ani nie o żywność; nawet nie o kobiety, bo tych na razie jest pod dostatkiem. Jedna z hord ma własnego dentystę, druga chce go przejąć. Znamienne, że ten dentysta nie prowadzi własnego gabinetu, tylko jest czyjąś własnością; nie umiał się urządzić? Opowiadanie kończy się bodaj sceną, jak ów szarpiząb z podręcznym kuferkiem opuszcza dotychczasowych chlebodawców i przechodzi do zwycięskiej konkurencji.