Dzień 53, niedziela 26 kwietnia 2020

Dzieje się tak jak rzekłem: w kwietniu, z miesięcznym wyprzedzeniem, rozpoczęło się u nas australijskie lato. Palą się bagna nad Biebrzą w tamtejszym parku narodowym. Oczywiście w dawniejszych czasach bagna były raczej niepalne, jednak w XXI wieku to się zmieniło. Poziom wody opadł, tu i tam bagna wyschły, trzciny suche jak pieprz, przyjemnie rzucić zapałkę i patrzyć, jak się wszystko hajcuje. Jedni mówią o sześciu, inni o 10 tysiącach hektarów trawionych ogniem. Ptaki, które teraz w tych trzcinach mają teraz okres lęgowy, razem z potomstwem idą równo pod nóż. Kogoś, kto te trzciny czy trawy podpalił, trzeba by bez sądu zastrzelić za zbrodnię przeciw ludzkości i w następnych latach niechybnie będzie do tego dochodziło.


Dzień 45, sobota 18 kwietnia 2020

Ruszyliśmy się dziś samochodem do Zenonowa. Po drodze postój w sklepie, który przemianował się z Tesco na jakieś HDM. To nasz podstawowy sklep gdy siedzimy w Zenonowie, wszystkie sprzedawczynie i kasjerki nas tu znają. Teraz personel w maskach, my z Dominiką też. W samochodzie jedziemy wszyscy z odkrytymi twarzami, ja mam bandanę na szyi, Dominika z Bereniką po masce na podorędziu. No i rękawiczki. Kasjerka mniej wystraszona niż ostatnio, już patrzy spokojniej, nie widać tego popłochu, jakby pytała: – Czy to ty mnie zarazisz na śmierć? Maski dały wszystkim większe poczucie bezpieczeństwa i aczkolwiek niewygodnie się je nosi, trzeba było je wprowadzić od samego początku jak w Korei. Ale wiem czemu nie wprowadzili: myśleli, że wirus po dwóch tygodniach ustąpi sam z siebie, a po drugie nie mieli armat, czyli właśnie masek.


Dzień 43, czwartek 16 kwietnia 2020

Dziś pierwszy dzień obowiązkowego noszenia masek na pysku. Nie wiem jak to przetrzymam, bo puściłem brodę, żeby się jakoś odróżniać od siebie z czasów prosperity. Kiedyś dostałem od Leszka Jęczmyka bandanę na imieniny; różne były jej losy, chodziła w niej nawet mała Berenika. Teraz Dominika wiąże mi ją przed wyjściem do sklepu, ale na razie nie zakładałem jej na nos, tylko nosiłem na szyi. Mieć to na twarzy to czysta niewygoda, zaduch, człowiek bez przerwy posmarkany. Ale będzie się musiało, bo zagrożenie mandatowe, a te mandaty jak dla turystów z Księżyca: naści 5 tysięcy, 15, 30 tysięcy. Trzeba w obywatelach wzbudzić strach, jak w dzieciach albo zwierzątkach, inaczej się tego żywiołu nie opanuje. No i co spłynie do budżetu to nasze.


Dzień 40, poniedziałek 13 kwietnia 2020

Wieczorem prawie 7 tysięcy zarażonych, prawie 250 zgonów. Od samego rana do późna słychać jazgot karetek. Nawet jak liczba zakażeń przekroczyła parę tysięcy, perswadowałem sobie, że jesteśmy w prawobrzeżnej Warszawie, a zachorowania koncentrują się po drugiej stronie Wisły, tam gdzie city. Paradoksalnie boimy się mniej niż na początku marca, kiedy to wszystko startowało.


Dzień 33, poniedziałek 6 kwietnia 2020

Liczby w Polsce: 4413 zarażonych, ponad setka zmarłych, 300 nowych przypadków tylko dzisiaj, a był bodaj taki dzień, kiedy sięgnęła 500. Minęliśmy granicę 100 nowych zakażeń na milion mieszkańców, wyznaczoną przez wirusologa na początku epidemii. Maluczko, a zacznie brakować miejsc w szpitalach – co wtedy?


Dzień 30, piątek 3 kwietnia 2020

Dominika z Bereniką urządziły sobie właśnie seans filmowy z płytki; sądząc po charkotliwym języku, krzykach i odgłosach razów jest to kolejny Indiana Jones. Ja po całodniowym czytaniu siądę niedługo do trzeciego odcinka „Sposobu na Alcybiadesa” według najlepszej chyba powieści Niziurskiego, ale jakby niedopiętej, niewygranej do końca. Ma ona genialne momenty, jak wiersz znokautowanego boksera Wątłusza czy scenę z odgrywanego przez uczniów spektaklu z życia Murzynów: „Podły kacyku, sprzedałeś nas kolonizatorom!” Intryga tak absurdalna, że aż komiczna, w dodatku język… kto dziś tak pisze?