Wells głupszy od Wellsa

Herbert George Wells:  Pierwsi ludzie na Księżycu

Wells głupszy od Wellsa

Powieść „Pierwsi ludzie na Księżycu” pochodzi z roku 1901, a więc jest starsza o trzy lata w stosunku do choćby „Wojny światów” tegoż autora. Po lekturze stwierdzam, że Wells przez ten czas nie rozwinął się naukowo, a i z logiką bywa na bakier. Ponieważ uchodzi za pisarza dającego mocne podwaliny naukowe swym dziełom, skupmy się teraz na tym.

Trylogia Ciągu

William Gibson:  Trylogia Ciągu. Neuromancer; Graf Zero; Mona Liza Turbo

Trylogia Ciągu

Ukazało się wznowienie legendarnych już powieści Williama Gibsona składających się na Trylogię Ciągu, w tym słynnego „Neuromancera”, który zainaugurował nurt SF zwany cyberpunkiem. Napisana na początku lat 80. na zwykłej maszynie do pisania – dopiero za honorarium Gibson kupił sobie komputer – powieść ta opiewa epokę zaawansowanej informatyki, kiedy komputery, cyberprzestrzeń, programy itp. stały się obiektami przemysłowej eksploatacji przez wielkie koncerny, a także przez przestępczość zorganizowaną. W takim krajobrazie porusza się bohater, który zwykle startuje z gorszej pozycji, został w przeszłości mocno poszkodowany, ale rusza ze zleceniem do wykonania, a przy okazji szuka okazji do zemsty. Powieści te obfitują w mocne sceny, kiedy życie bohatera wisi na włosku, akcja z reguły rozgrywa się w Japonii albo przynajmniej w Azji, siły zagrażające bohaterowi wydają się nie do pokonania – a jednak udaje mu się jakoś wyjść cało z opresji. Cyberpunk był następnie rozwijany przez samego Gibsona, a także przez innych autorów (np. Sterling, Cadigan), ale rychło okazał się płytką rynienką tematyczną , którą wyeksploatowano. Dziś uchodzi za nurt o znaczeniu historycznym, przebrzmiały, do którego trudno dodać coś nowego. Także rzeczywistość idzie w innym kierunku niż wskazany przez cyberpunkowców i to, co 30 lat temu wydawało się oczywiste, dziś takie być przestało. Pozostały te książki kryminałami rozgrywającymi się w cyberprzestrzeni (na pokrewieństwo z czarnym kryminałem amerykańskim lat 40. powoływali się sami twórcy), fantastycznymi cyber-operami, w których łatwo zagustować, ale które szybko się nudzą wskutek powtarzalności motywów powieściowych i typów bohaterów. Po latach mam wrażenie, że może dzieło Gibsona powstało z chęci – niekoniecznie przez autora uświadomionej – udzielenia odpowiedzi gatunkowi fantasy przez pokazanie, że możliwe są cuda bez zaklęć, w wersji...
Szkoła przetrwania na Marsie

Andy Weir:  Marsjanin

Szkoła przetrwania na Marsie

Droga tej książki na rynek jest prawie tak samo nietypowa jak zdarzenia w niej opisane. Andy Weir zaczął pisać „Marsjanina” w roku 2009, skończył w 2012, ale powieść nie wzbudziła zainteresowania agentów literackich.

Jak zdobyć planetę Ksi?

Janusz A. Zajdel, Marcin Kowalczyk:  Drugie spojrzenie na planetę Ksi

Jak zdobyć planetę Ksi?

„Cała prawda o planecie Ksi” Janusza Zajdla ukazała się w roku 1982 jako środkowa z pięciu kluczowych dla jego twórczości powieści zaliczanych do fantastyki socjologicznej. Zamierzał napisać jej kontynuację, zostawił konspekt i dwa fragmenty, ale ukończyć utworu nie zdążył. Zmarł jak wiadomo na raka płuc, w lipcu 1985 roku. Trzy dekady po pierwszym wydaniu „Planety Ksi” zapadła decyzja o jej kontynuacji. Jak to bywa w dzisiejszych czasach, napisać miał ją inny autor, wyłoniony w konkursie. Autorem okazał się Marcin Kowalczyk z Torunia, pracownik naukowy, na polu fantastyki debiutant. Od strony formalnej powieść „Drugie spojrzenie na planetę Ksi” jest do przyjęcia. Zajdel nigdy nie był wybitnym stylistą, jego siłą były koncepcje i modele socjologiczne, które przedstawiał w literackiej formie. Kowalczykowi udało się wejść w jego język i sposób budowania intrygi, w scenografię i położenie sprowadzonych do wspólnoty pierwotnej ludzi ery galaktycznej. Zdołał także wkomponować w powieść pozostawione przez pisarza fragmenty. Niestety, są one najsłabszym elementem i do tego stopnia anachronicznym, że kompletnie zdefasonowały nową powieść i zniweczyły szansę na racjonalne rozwikłanie kwestii pokazanej w „Całej prawdzie”. Po prostu nie nadawały się do powieści ukazującej się w innym czasie, dla innego czytelnika. Z całej piątki ostatnich powieści Zajdla „Cała prawda” jest pozycją najmniej udaną. Zajdel zamyślił przedstawić społeczność wzorowaną na przewrocie bolszewickim, ale w miejsce ciemnych chłopów i sołdatów wstawił oświeconych ludzi przyszłości. Przy budowie „nowego społeczeństwa” niezbędny jest oczywiście terror połączony z kłamstwem oraz nędzą bytowania. Przewrót na Ksi wypadł dość wiarygodnie, aczkolwiek dziesiątka terrorystów na 35 członków załogi czterech statków z zamrożonymi kolonistami to jednak trochę mało. Ale i bolszewicy początkowo byli w rosyjskim społeczeństwie w mniejszości, rewolucja wydawała...
Nieizdat Bułyczowa

Kir Bułyczow:  Nieziemsko piękna szafa

Nieizdat Bułyczowa

Kupowałem kiedyś i czytałem pismo „Literatura Radziecka”, ale tylko numery poświęcone fantastyce pisanej po rosyjsku (wyszły bodaj trzy sztuki). Był tam reprezentowany kwiat fantastyki zza wschodniej granicy, zarówno jeśli idzie o autorów, jak teksty – wszystko porządnie przetłumaczone i wydrukowane na kredowym papierze, z jakim gdzie indziej SF nigdy nie obcowała. Dzięki tym podejrzanym dziś koneksjom opowiadanie „Śnieżka” znałem od dawna. Teraz weszło w skład wyboru niepublikowanych po polsku tekstów Bułyczowa, podzielonych na dwa tomy. Pierwszy z nich, zatytułowany „Nieziemsko piękna szafa”, obejmuje 10 opowiadań z lat 1968 – 1994 i stanowi przegląd motywów cenionego i lubianego w Polsce autora. Najstarsze „Awaria na linii” i „Ja pierwszy was odnalazłem” , pochodzące z roku 1968 i 1970, reprezentują klasyczną SF. W pierwszym awaria dotyczy skrzynki przesyłowej artefaktów z przeszłości w przyszłość, w drugim pewna wyprawa międzygwiezdna leci ze ślimaczą prędkością, a u celu dowiaduje się, że inni dotarli tam przed nimi. Gdy oni trwonili czas, na Ziemi opracowano nowe napędy i wyprawy ruszyły w Galaktykę jak burza. Właściwie i najlepszą chyba w zbiorze „Śnieżkę” trzeba by zaliczyć do tego odłamu SF: to opowiadanie o miłości pomiędzy istotami, których podstawą metaboliczną jest woda i amoniak. Z powodu różnicy temperatur, w których egzystują, kontakt fizyczny między nimi jest wykluczony, mogą jedynie dotknąć się przez chwilę, ale i to muśnięcie skutkuje oparzeniem dla jednej i odmrożeniem dla drugiej strony. Ciekawsze są opowiadania późniejsze, de facto opisy życia w Sowietach z ich biedą, szarością i brakiem wszystkiego łącznie z perspektywami. Można się domyślić, że takie tytuły jak „Stareńki Iwanow”, „Dla ciebie, prosty Marsjaninie” czy „Mój pies Połkan” nie ukazały się nawet po rosyjsku ze...
Nieustraszony pogromca prezesów

Marcin Przybyłek:  CEO Slayer

Nieustraszony pogromca prezesów

Warszawa roku 2048 to miasto co się zowie światowe. Ze szczytu najwyższego wieżowca Syrena Tower widoczne są Mariott, Royal Tower, Grand, Riviera Spire, Bohemian Twins, Guardia Peak. Bohater powieści Marcina Przybyłka „CEO Slayer” nie podziwia jednak tego widoku osobiście, lecz za pośrednictwem whirlu, który dzięki rozmieszczonym koncentrycznie wirującym ekranom odtwarza co trzeba. Warszawa przyszłości urządzona jest na wskroś nowocześnie. Nawet bruk zaprzęgnięto tu do roboty: przechodnie depcząc piezoelektryczne płytki wytwarzają jakże potrzebną miastu energię. Główny impet wynalazczości autora idzie jednak w kierunku technik kosmetycznych: każdy po porannym myciu zakłada natychmiast facenet, czyli siatkę nano umożliwiającą kontrolę zdrowotną i sterowanie urządzeniami domowymi, a także mowę subwokalną (bez użycia głosu). Dalej idą soczewki narogówkowe i holomask, czyli maska poprawiająca urodę twarzy. Dla niezadowolonych z brzmienia swego głosu jest voicemorpher, zmieniający każdy pisk w ponętny baryton. Kto chce jeść i nie tyć, stosuje Fatstop. Dla birbantów i ludzi zmuszonych „wyglądać” przeznaczony jest antykacowy i antyzmęczeniowy Younger, zaś niezwykle drogie kremy Ys (od young skin) zapewniają gładką skórę bez zmarszczek nawet u starców. Rzecz jasna wszystkie te urządzenia i specyfiki równie dobrze mogą służyć ukrywaniu tożsamości i myleniu urządzeń śledzących, których jest multum. Dla naszego bohatera nazwiskiem Rodney nomen omen Pollack ma to kluczowe znaczenie. Nie zajmowalibyśmy się jednak powieścią Przybyłka dla tych wszystkich gadżetów, bowiem każdy autor science fiction uznaje za stosowne tworzenie własnej tego rodzaju galerii. W „CEO Slayer” ciekawe jest to, że nasz bohater osobiście wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu, dając fizyczny wycisk największym rekinom finansowym warszawskiego i polskiego biznesu. Dopada ich mimo ochrony, kamer poukrywanych w paznokciu kciuka czy klawiatur telefonicznych, które można wywołać na spodniach, na rękawie i właściwie...