Genetyczna apokalipsa

Paolo Bacigalupi:  Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć

Genetyczna apokalipsa

W powieści Johna Irvinga „Ostatnia noc w Twisted River” główny bohater, pisarz, nosi nazwisko Baciagalupo. Pamiętam, że wydało mi się dziwaczne,  nazbyt literackie. Teraz leży przede mną książka Paolo Bacigalupiego „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” – i co na to powiedzieć? Wydumane i dziwaczne nazwisko pisarza okazało się faktem, a jego książka – znakomita. Opasły tom Bacigalupiego składa się ze zbioru opowiadań i powieści. Sądziłem, że puszczanie na rynek takiej księgi w chudych dla czytelnictwa latach jest błędem, ale wydawca zapewnił, że opowiadania sprzedają się marnie, tu zaś stanowią niejako wprowadzenie do powieści. Istotnie, zbiór „Pompa numer sześć” przedstawia nieznanego u nas autora, za oceanem już nagrodzonego najważniejszymi laurami SF. Opowiadania w satysfakcjonującej pod względem artystycznym formie przedstawiają ostre kłopoty z wodą, przeludnienie czy powolne głupienie ludzkości. W „Pompie numer sześć” studenci są ćwokami skoncentrowanymi jedynie na bzykaniu, zamyka się co trudniejsze kierunki studiów, a tytułowe pompy odziedziczone po mądrzejszych czasach coraz częściej ulegają awariom i nikt nie umie ich naprawić. W „Ludziach piasku i popiołu” modyfikowańcy żrący piach i zabawiający się w odcinanie sobie rąk i nóg (dla ekscytacji bezbronnością, nim odrosną), spotykają biologicznego psa. Trzymają go trochę z litości, utyskując nad ułomnością jego biologicznej formy, po czym postanawiają go upiec i zjeść. Już nie tylko fizycznie, ale i umysłowo przestali przypominać ludzi. Dwa opowiadania, „Kaloriarz” i „Człowiek z żółtą kartą”, pokazują zrujnowaną cywilizację z „Nakręcanej dziewczyny”. Jest to istny krajobraz po uczcie: kompletnie rozregulowana biosfera w wyniku nieudanych modyfikacji genetycznych, a w dodatku brakuje energii – skończyły się węgiel i ropa. (Elektrowni jądrowych nie ma.) Wszelki napęd odbywa się dzięki niejasno zdefiniowanej technice sprężynowej, która wymaga ładowania...
Psiryj spuszczony z łańcucha

Paolo Bacigalupi:  Zatopione Miasta

Psiryj spuszczony z łańcucha

W fantastyce widać ostatnio coraz więcej utworów „scenograficznych” – autor pokazuje pewną wizję, scenerię, a co się wewnątrz niej dzieje, nie ma większego znaczenia. Tak jest w powieści Paolo Bacigalupiego „Zatopione Miasta”, gdzie mieszaniec genetyczny („koktajl DNA – tygrysa, psa i hieny”) zwany psiryjem wraz z dwojgiem młodych ludzi przemierza połać zrujnowanej Ameryki, ale zbyt małą, aby dało się to nazwać powieścią drogi. Niemniej jednak bohaterowie przemieszczają się z głębi lądu na wybrzeże, skąd mają nadzieję uciec w bardziej cywilizowane strony. Powieść jest sprawna, dużo zabijania, maltretowania, walki etc. Odbiega jednak in minus od świetnych opowiadań i powieści zebranych w tomie „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć”. Nie ma tu tej oryginalności wizji, nie mówiąc już o odnośnikach do naszej cywilizacji. W poszukiwaniu środków do życia (żona, syn etc.) Bacigalupi wziął na warsztat jeden z żelaznych standardów SF, jakim jest upadek Stanów Zjednoczonych do poziomu ruin, obrobił to po swojemu, opatrzył wartką akcją i taką powieść puścił między ludzi. Jest to pisanie potoczyste, strawne w czytaniu, momentami lekko nudnawe; na krzywej rozwoju autora niewątpliwie odejście od tendencji wzrostowej. Po „Nakręcanej dziewczynie” i opowiadaniach spodziewaliśmy się czegoś ambitniejszego. A więc wizja upadłej Ameryki. Zatopione Miasta to Waszyngton i okolice, gdzie po pominiętej przez autora milczeniem tragedii wojennej doszło do zalania ruin wodą wskutek zapewne efektu cieplarnianego. Wcześniej były tu stabilizujące sytuację oddziały chińskie, ale teraz władza należy do warlordów, dowodzących swymi młodocianymi armiami. Bacigalupi przeniósł więc gdzieś z Konga ideę wojny partyzanckiej toczonej przez młodocianych, a nawet dzieci. Cechą takich oddziałów jest nieobliczalność i okrucieństwo. Psiryj trafił tu jako idealna biomaszyna wyprodukowana dla potrzeb pola bitwy i gra rzecz jasna główną...
Tajemnicza wyspa

Arno Schmidt:  Republika Uczonych

Tajemnicza wyspa

Jest rok 2008, świat wciąż leczy rany po nuklearnej wojnie z 1990 roku. Europa nie istnieje, Niemcy zniknęły z powierzchni ziemi wraz ze swą ludnością, a język niemiecki uznaje się za wymarły. Napisana w 1956 roku przez niemieckiego autora Arno Schmidta „Republika Uczonych” musiała już wtedy wywierać na czytelnikach przygnębiające wrażenie, tym bardziej, że ślady po II wojnie światowej były wciąż świeże. W takich okolicznościach powieściowych dziennikarz o nazwisku Winer dostaje zgodę wszystkich ośmiu mocarstw na odwiedzenie IRAS – sztucznej wyspy pływającej po Atlantyku i Pacyfiku i grupującej 811 największych uczonych i artystów świata. IRAS – International Republic of Artists and Scientists – otoczona jest trzystumilową strefą ochronną i została pomyślana jako ostoja światowej kultury i nauki na wypadek następnych globalnych kataklizmów. Uczeni i artyści mają tam wszelkie warunki do rozwoju twórczości, ich zadaniem jest produkować dzieła genialne i wielkie odkrycia. Gdzież jak nie w tym raju, w tej świątyni ducha mieliby znaleźć lepsze warunki do rozwoju duchowego i eksplozji własnych talentów. Książka Schmidta wygląda jak pamiętnik Marco Polo z podróży po nieznanych lądach: najpierw Winer musi sforsować pas ziemi niczyjej, odgrodzony murem, gdzie promieniowanie wywołało mutacje wśród zwierząt. Pojawiły się mianowicie centaury, wielkie jadowite pająki oraz latające głowy; z ponętną centaurką, dziewczyną na podwoziu sarny, Winer rychło zadzierzgnie stosunki towarzyskie, a nawet intymne. Ta część powieści robi wrażenie pogodne, w przeciwieństwie do części opiewającej 50-godzinną wizytę na IRAS. Nic tam nie zgadza się z zapowiedziami: artyści, owszem, pracują, ale dzieł rzucających na kolana nie produkują, nie generują nawet złotych myśli, zadowalając się pokazami ekscentryczności. Pewna rzeźbiarka pracuje nago, pokryta cementowym pyłem – erotykę skutecznie likwiduje bezmierna chudość artystki...
Rewolucja robotów

Daniel H. Wilson:  Robokalipsa

Rewolucja robotów

Wiadomo już, że naznaczony na 2012 rok koniec świata nastąpi 21 grudnia w godzinach przedpołudniowych. Ktoś odważył się rywalizować z nieuchronnym scenariuszem – oto nieznany nikomu autor Daniel Wilson wystąpił z konkurencyjną wizją, w której ludzkość ma być wygubiona nie przez planetarny kataklizm, a przez własne roboty. Idea „Robokalipsy” nie jest niczym nowym, w science fiction wielokroć opiewano rozmaite bunty maszyn. Względne novum stanowi podbudowa teoretyczna, o której w powieści ani się wspomina. W 1993 amerykański pisarz SF Vernor Vinge – Wilson cytuje go jeden jedyny raz – opublikował koncepcję, wedle której około roku 2030 dojdzie do wykreowania sztucznych inteligencji wielokrotnie przewyższających ludzką. Stać za tym będzie zjawisko emergencji, czyli samorzutnego wyłaniania się nowych jakości ze skomplikowanych układów i zjawisk (np. z sieci internetowej). Nowe inteligencje opanują świat przejmując sterowanie maszynami, systemami broni i samochodami i obracając je przeciwko nam. Treścią „Robokalipsy” jest przebieg wojny ludzi z robotami, odnotowanie jej najważniejszych epizodów i ukazanie największych bohaterów. Kolejne rozdziały pokazują, jak ludzie zdobywają informacje o kluczowym znaczeniu i odkrywają słabe strony wroga. Mimo całej odmienności i przewagi intelektualnej roboty są dość podobne do nas w planowaniu i stosowanych środkach. Eksterminacji, jakiej poddają ludzkość, nie powstydziłby się żaden Stalin, a mordercze obozy pracy zachwyciłyby nawet Kim Dzong Ila. Wilson śmiało odrzuca archaiczne prawa robotyki stworzone przez Asimova, zakazujące zabijania, a nawet mimowolnego krzywdzenia ludzi. Tu odchodzi mord przemysłowy i na wielką skalę. Roboty postrzegają ludzkość jako szkodliwą narośl na ciele planety, mnożącą się bez żadnego umiaru, odrzucającą racjonalność przy rozwiązywaniu kluczowych dla swego przetrwania kwestii. Nie zamierzają ludzkości wygubić do ostatniego egzemplarza, a tylko ją uskromnić, odchudzić, by nie tłamsiła innych...
Wozy jadą na wschód

Robert M. Wegner:  Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Wozy jadą na wschód

W rodzimej literaturze fantasy dokonuje się właśnie przewartościowanie. Od lat na czele twórców spod znaku magii i miecza stali Andrzej Sapkowski i Feliks W. Kres. Sapkowski od pewnego czasu zamilkł, a przedtem wydał słabą  powieść „Żmija”, której akcja rozgrywa się współcześnie w realiach afgańskich. Kres z kolei ogłosił, że przestaje pisać i jak dotąd słowa dotrzymuje. W tej sytuacji do czołówki doszlusował nikomu wcześniej nieznany Robert M. Wegner, który przestał już być nazywany „wschodzącą gwiazdą polskiej fantasy”, a powoli staje się jej spełnieniem i najważniejszym nazwiskiem. Wegner zaczął, jak to w tym gatunku bywa, od wymyślenia lądu, na którym rozgrywa się akcja jego utworów, ludów, które go zamieszkują, epoki historycznej oraz magii, unoszącej się nad wszystkim jak mgła. (W najnowszych wydaniach pojawiły się stosowne mapy.) Pierwsze dwa tomy twórczości Wegnera stanowiły „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, rozróżnione na Wschód – Zachód oraz Północ – Południe. Autor dał się w nich poznać jako rzemieślnik sprawnie władający piórem, próbujący jak gdyby połączyć fantasy spod znaku Sapkowskiego z tą spod znaku Kresa. Po opowiadaniach, co normalne, przyszła kolej na powieść „Niebo ze stali”, w której autor robi to samo co w opowiadaniach, tylko na większej objętości. Głównym jej tematem uczynił powrót narodu Verdanno, czyli Wozaków, na rdzenne, utracone dawniej ziemie. Odbudowawszy się liczebnie i materialnie Verdanno planują odbić swą ojczyznę z rąk najeźdźców; w tym celu organizują karkołomną wyprawę wozami przez góry. Całą wyprawę eskortuje Szósta Kompania Górskiej Straży, co Wegner opisuje ze szczegółami, wykorzystując motywy znane już z opowiadań. Jak było do przewidzenia, ojczysta równina nie czeka na dawnych władców z wyciągniętymi rękami, tylko natychmiast trzeba zaangażować się zbrojnie. Grubo przed ściągnięciem...
Kennedy uratowany

Stephen King:  Dallas ’63

Kennedy uratowany

Internet podał właśnie, że o planowanym zamachu na prezydenta Kennedy’ego w 1963 roku wiedział Fidel Castro – a więc wiedzieli też Sowieci. Zamachowiec Lee Oswald najpierw przebywał parę lat w Mińsku białoruskim; tam pojął żonę Rosjankę i wrócił z nią do USA jako zadeklarowany komunista. W Ameryce obracał się w środowisku nastawionych prokomunistycznie emigrantów rosyjskich, ale prządł raczej cienko. Czy to wyklucza przeszkolenie w ZSRR i nasłanie go na Kennedy’ego przez sowieckie tajne służby? W powieści na ten temat Stephen King podaje, że liczba książek poświęconych zamachowi w Dallas przekroczyła tysiąc. Spec od horrorów, w „Dallas ‘63” objawił się jako autor science fiction rozgrywający temat podróży w czasie: przedostania się do przeszłości i usiłowań, by zmienić przyszłość. Konkretnie chodzi o zneutralizowanie Oswalda i spowodowanie, by prezydent Kennedy przeżył zamach. Książka Kinga, 858 stron druku, to jakby trzy powieści w jednej. Pierwsza, jako się rzekło, traktuje o człowieku, który przelazł z roku 2011 do roku 1959 i zasobny w wiedzę o przyszłości usiłuje zapobiec zamordowaniu prezydenta. Wątek sensacyjny wiąże się z ukrywaniem swej tożsamości, śledzeniem Oswalda i jego rodziny, opracowywaniem planu interwencji itp. Druga koncentruje się na właściwych SF konsekwencjach ingerencji w rzeczywistość. Im bliżej feralnego wydarzenia, tym przeszłość stawia większy opór, broni się przed korektami, opiera się odkształceniom. Zdarzenia poszły określonym torem i bardzo trudno zepchnąć je w inną stronę. Nie mówiąc już o tym, że otwarcie połączenia z przeszłością powoduje szalone komplikacje, do tego stopnia, że świat może ulec unicestwieniu. Trzecia wreszcie powieść w tej opasłej księdze to opisy prowincjonalnej Ameryki i zamieszkujących ją na przełomie lat 50. i 60. XX wieku ludzi. Tę część czyta się z...
Strona 8 z 9« Pierwsza...56789