Wozy jadą na wschód

Robert M. Wegner:  Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Wozy jadą na wschód

W rodzimej literaturze fantasy dokonuje się właśnie przewartościowanie. Od lat na czele twórców spod znaku magii i miecza stali Andrzej Sapkowski i Feliks W. Kres. Sapkowski od pewnego czasu zamilkł, a przedtem wydał słabą  powieść „Żmija”, której akcja rozgrywa się współcześnie w realiach afgańskich. Kres z kolei ogłosił, że przestaje pisać i jak dotąd słowa dotrzymuje. W tej sytuacji do czołówki doszlusował nikomu wcześniej nieznany Robert M. Wegner, który przestał już być nazywany „wschodzącą gwiazdą polskiej fantasy”, a powoli staje się jej spełnieniem i najważniejszym nazwiskiem. Wegner zaczął, jak to w tym gatunku bywa, od wymyślenia lądu, na którym rozgrywa się akcja jego utworów, ludów, które go zamieszkują, epoki historycznej oraz magii, unoszącej się nad wszystkim jak mgła. (W najnowszych wydaniach pojawiły się stosowne mapy.) Pierwsze dwa tomy twórczości Wegnera stanowiły „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, rozróżnione na Wschód – Zachód oraz Północ – Południe. Autor dał się w nich poznać jako rzemieślnik sprawnie władający piórem, próbujący jak gdyby połączyć fantasy spod znaku Sapkowskiego z tą spod znaku Kresa. Po opowiadaniach, co normalne, przyszła kolej na powieść „Niebo ze stali”, w której autor robi to samo co w opowiadaniach, tylko na większej objętości. Głównym jej tematem uczynił powrót narodu Verdanno, czyli Wozaków, na rdzenne, utracone dawniej ziemie. Odbudowawszy się liczebnie i materialnie Verdanno planują odbić swą ojczyznę z rąk najeźdźców; w tym celu organizują karkołomną wyprawę wozami przez góry. Całą wyprawę eskortuje Szósta Kompania Górskiej Straży, co Wegner opisuje ze szczegółami, wykorzystując motywy znane już z opowiadań. Jak było do przewidzenia, ojczysta równina nie czeka na dawnych władców z wyciągniętymi rękami, tylko natychmiast trzeba zaangażować się zbrojnie. Grubo przed ściągnięciem...
Kennedy uratowany

Stephen King:  Dallas ’63

Kennedy uratowany

Internet podał właśnie, że o planowanym zamachu na prezydenta Kennedy’ego w 1963 roku wiedział Fidel Castro – a więc wiedzieli też Sowieci. Zamachowiec Lee Oswald najpierw przebywał parę lat w Mińsku białoruskim; tam pojął żonę Rosjankę i wrócił z nią do USA jako zadeklarowany komunista. W Ameryce obracał się w środowisku nastawionych prokomunistycznie emigrantów rosyjskich, ale prządł raczej cienko. Czy to wyklucza przeszkolenie w ZSRR i nasłanie go na Kennedy’ego przez sowieckie tajne służby? W powieści na ten temat Stephen King podaje, że liczba książek poświęconych zamachowi w Dallas przekroczyła tysiąc. Spec od horrorów, w „Dallas ‘63” objawił się jako autor science fiction rozgrywający temat podróży w czasie: przedostania się do przeszłości i usiłowań, by zmienić przyszłość. Konkretnie chodzi o zneutralizowanie Oswalda i spowodowanie, by prezydent Kennedy przeżył zamach. Książka Kinga, 858 stron druku, to jakby trzy powieści w jednej. Pierwsza, jako się rzekło, traktuje o człowieku, który przelazł z roku 2011 do roku 1959 i zasobny w wiedzę o przyszłości usiłuje zapobiec zamordowaniu prezydenta. Wątek sensacyjny wiąże się z ukrywaniem swej tożsamości, śledzeniem Oswalda i jego rodziny, opracowywaniem planu interwencji itp. Druga koncentruje się na właściwych SF konsekwencjach ingerencji w rzeczywistość. Im bliżej feralnego wydarzenia, tym przeszłość stawia większy opór, broni się przed korektami, opiera się odkształceniom. Zdarzenia poszły określonym torem i bardzo trudno zepchnąć je w inną stronę. Nie mówiąc już o tym, że otwarcie połączenia z przeszłością powoduje szalone komplikacje, do tego stopnia, że świat może ulec unicestwieniu. Trzecia wreszcie powieść w tej opasłej księdze to opisy prowincjonalnej Ameryki i zamieszkujących ją na przełomie lat 50. i 60. XX wieku ludzi. Tę część czyta się z...
Lem średni

antologia:  Głos Lema

Lem średni

Takie rzeczy się zdarzają. Gdy zmarł Arkadij Strugacki, starszy z duetu słynnych autorów science fiction, w Rosji pojawiły się antologie opowiadań rozwijających pewne motywy z ich twórczości. Był to zarazem wyraz hołdu czy upamiętnienia, bo w ZSRR Strugaccy odgrywali taką rolę jak u nas Lem – nikt ich wybitności nie kwestionował, a zawołanie „my z nich wszyscy” obowiązywało tam bez żadnej dyskusji. Teraz podobnego tomu, zatytułowanego buńczucznie „Głos Lema”, doczekaliśmy się i w Polsce. Ma to być  forma uczczenia 90. rocznicy urodzin Lema przez najmłodsze (chyba) pokolenie polskich autorów SF. Z jako tako znanych na rynku nazwisk odcyfrowałem dwa, może trzy; wygląda na to, że komu tylko pisanie miłe, ten może dać głos do „Głosu Lema”. Tuzin opowiadań stanowi po większej części przegląd motywów znanych z twórczości autora „Astronautów”. Raz są to zmodyfikowane przebitki z planety Solaris, innym razem z opowieści o pilocie Pirxie, czyli „Albatros” zmieszany z „Rozprawą”. Są echa żelaznych skrzyń profesora Corcorana i uwięzienie ludzkiej jaźni w czarnej skrzynce, a także nawiązanie do tekstu z „Doskonałej próżni”, konkretnie do „Gruppenführera Louisa XVI”. Nadspodziewanie wiele jest opowiadań, gdzie żadnych nawiązań nie ma albo są one jeno pretekstowe. Ot, skoro Lem wymyślił fantomatykę, nazwaną dziś rzeczywistością wirtualną, to opiszmy przygody bohatera w tej VR, powołując się na Lema właśnie. Kłopot w tym, że w SF zamykanie bohaterów w pozorowanej elektronicznie realności uchodzi za tandetę i odpowiada XIX-wiecznej konwencji przygód przeżywanych we śnie. Można sobie pozwolić na wszystko, po czym stwierdzić rozbrajająco, że to się bohaterowi przyśniło, potem obudził się i nie zostało nic. Z VR analogicznie, toteż wybór takiego sposobu mam za mało ambitny i niegodny aspirowania do...
Żegnaj, cywilizacjo!

Justin Cronin:  Przejście

Żegnaj, cywilizacjo!

W roku wyczekiwanego końca świata (przypominam: 21 grudnia przed południem) warto odnotowywać, jakie pomysły na apokalipsę ma literatura. Jak majdan zacznie nam się walić na łeb, będziemy mogli sobie porównać zapowiedzi z realnymi wydarzeniami. W grubej (750 stron) powieści „Przejście” Justina Cronina do kataklizmu dochodzi po odkryciu rzadkiego wirusa w boliwijskiej dżungli, który wydłuża życie i zwiększa siłę fizyczną. Niestety, przy okazji zamienia ludzi w wampiry, ale kto by się tym przejmował – to wszak wymarzeni żołnierze. Wirusa wszczepia się dwunastu skazańcom oczekującym na wykonanie wyroków śmierci, czyniąc z nich tzw. wiroli. Jak to bywa przy takich okazjach, wirole wydostają się na wolność, Amerykę ogarnia epidemia, dochodzi do paniki i masowych zgonów. Sto lat po tym incydencie na wielkim kontynencie wegetują resztki ludzkości – z Europy, Azji czy Afryki wieści brak. Cronin, absolwent warsztatów literackich w Iowa, lepiej radzi sobie w przedstawianiu scen z życia współczesnej Ameryki niż z elementami science fiction. Dramat wychowującej samotnie 6-letnią córkę kobiety, która chcąc utrzymać siebie i dziecko zostaje prostytutką, przedstawiony został w naprawdę przejmujący sposób. W końcu matka musi porzucić Amy, żeby ratować własną skórę – to najlepsza część „Przejścia”. Niestety, zarazem najmniej istotna, bo służąca tylko zaprezentowaniu głównej bohaterki, która pojawi się w następnych tomach. Autor z góry wie, że wyjdzie mu trylogia. Gorzej wygląda pomysł na fantastyczne stwory, w które ludzie przemieniają się pod wpływem wirusa. Najbliżej im do wampirów, bo kogo pogryzą, ten mrze albo zostaje kolejnym wirolem. Cechuje je zawrotna szybkość i ogromna siła, a twardy pancerz odbija kule karabinowe. Chcąc je zabić trzeba trafić w rozwartą paszczę albo w mały skrawek niechronionego ciała pod szyją, jak w...