Los gorszy od śmierci

Tadeusz A. Kisielewski:  Po zamachu. Uprowadzenie córki generała Sikorskiego i śmierć adiutanta

Los gorszy od śmierci

Cykl książek krakowskiego historyka Tadeusza Kisielewskiego, poświęcony zamachowi na gen. Sikorskiego w Gibraltarze 4 lipca 1943 roku, ma się ku końcowi. Ostatni tom, „Po zamachu”, poświęcony jest jak poprzednie („Zamach”, „Zabójcy”, „Gibraltar i Katyń”) dociekaniom, rozważaniom szczegółów, porównywaniu świadectw i opinii w tej sprawie. Kisielewski wnioskuje, że zamachu dopuścili się Sowieci za wiedzą i przyzwoleniem brytyjskim. Dla Sowietów Sikorski był niewygodny z powodu zbrodni katyńskiej; Brytyjczycy zaś nie chcieli narażać się Stalinowi, walcząc o zwycięstwo w II wojnie „do ostatniego żołnierza sowieckiego”. Tematem „Po zamachu” jest przebieg wizyty Sikorskiego w Gibraltarze przed powrotem do Londynu i uprowadzenie przez Sowietów 30-letniej Zofii Leśniowskiej, jego córki. Oto jak wygląda rekonstrukcja zdarzeń według Kisielewskiego. 4 lipca 1943 Sikorski późnym popołudniem spotkał się z sowieckim ambasadorem Majskim, który równolegle zawinął do Gibraltaru. W wyniku ustaleń między nimi Zofia Leśniowska miała lecieć samolotem Majskiego do Moskwy na rozmowy polityczne. Dla Majskiego jednak, który wiedział o planach zamachu, Sikorski był już trupem i żadne ustalenia z nim nie miały znaczenia. Gdy o 22.30 polska delegacja dotarła na lotnisko, wywiad – ale nie wiadomo, jaki – ostrzegł generała, żeby nie wsiadać do samolotu, bo piloci zostali podmienieni. Ponieważ jednak na fotelu pierwszego pilota siedział znany generałowi czeski pilot Prchal, Sikorski zlekceważył ostrzeżenie i wsiadł, a z nim towarzyszący mu oficerowie. Na płycie została jego córka i sekretarz osobisty Adam Kułakowski. Córka zdaniem Kisielewskiego dlatego, gdyż niedługo wraz z Majskim miała odlecieć do Moskwy. Oczywiście zaraz po śmierci Sikorskiego zapanowało zamieszanie, każdy ratował się na własną rękę. Ciał Leśniowskiej i Kułakowskiego we wraku samolotu nie odnaleziono, co nie przeszkodziło Anglikom wystawić im urzędowe akty zgonu. Los Kułakowskiego...
Renesans górny i dolny

Robert C. Davis, Beth Lindsmith:  Ludzie renesansu. Umysły, które kształtowały epokę nowożytną

Renesans górny i dolny

Określenie „człowiek renesansu” w potocznym rozumieniu znaczyło dawniej, że ktoś ma szerokie horyzonty umysłowe i zainteresowania, a także wykazuje niepospolitą wiedzę na różne tematy. Natomiast w ujęciu angielskich autorów książki „Ludzie renesansu” ich bohaterowie po prostu żyją w tej epoce, choć o tym nie wiedzą, zajmują się swoją działalnością i nawet w głowie im nie postanie, że przyczyniają się do jakiegoś przełomu. Ale czy zawsze ich dokonania są na miarę epoki? Książka zawiera 94 życiorysy, CV, jakbyśmy powiedzieli dziś. Są tu nazwiska głośne i wielkie – da Vinci, Kolumb, Tycjan, Michał Anioł i Rafael, Erazm z Rotterdamu – i są takie, o których mało kto słyszał. Antonio Rinaldeschi, hazardzista i bluźnierca, Pietro Aretino, pornograf, Catana – koniokrad, rabuś i herszt bandytów, Veronica Franco, kurtyzana wenecka… Zestawienie nazwisk wielkich twórców, kamieni milowych cywilizacji, z nazwiskami pospolitych łajdaków i rzezimieszków zakrawa na ironię albo folgowanie monstrualnej politycznej poprawności. Książka nosi podtytuł „Umysły, które kształtowały erę nowożytną”.  Ale dajmy na to kurtyzana Franco, jeśli nawet coś kształtowała, to bynajmniej nie umysłem, podobnie jak zbój i zbrodniarz Catana czy korsarz Hajraddin Barbarossa. Gdy jedni więc trudzili się na przyszłą renomę renesansu, drudzy stanowili dla ich poczynań jeno tło socjologiczne. Dla oszołomionego telewizją i grami czytelnika zestawienie na równych prawach wielkich i pospolitych może stwarzać wrażenie, że da Vinci był równie niezbędny dla renesansu co kobiety nieciężkich obyczajów, alfonsi i mordercy. To „nowoczesne myślenie” autorów, polegające na sprawiedliwszej niż dotąd parcelacji zasług idzie chyba za daleko. Z drugiej strony w ten sposób ukazuje się krajobraz społeczny tamtej epoki, w której zbrojne bandy, napadające na kupców i majętnych ludzi, były na porządku dziennym i stanowiły...
Do Polski bez Andersa

Władysław Cehak:  Bez retuszu. Więzień czerwonego terroru

Do Polski bez Andersa

Książka „Bez retuszu” Władysława Cehaka, pilota z wojny 1939 roku, wydała mi się i typowa, i nietypowa. Typowa – bo opisuje łagrowe dzieje pewnego Polaka: uwięzienie przez Sowietów, śledztwo, łagier i panujące tam porządki, urągającą ludzkim standardom sowiecką rzeczywistość. Znamy te sprawy z innych książek na ten temat. Prawdę mówiąc nie musi być tam nic nowego, Cehak nie pisał dla wykazania się oryginalnością, tylko aby dać świadectwo prawdzie – i swoje zadanie wypełnił. Zarazem książka ta odbiega od innych łagrowych tym, że jest powieścią. Zwykle autorzy tego typu wspomnień piszą w pierwszej osobie, czego doświadczyli i co widzieli na własne oczy. Cehakowi w latach 70. udało się przedostać na Zachód i w końcu wylądował w USA, gdzie spisał to co zostało mu w pamięci. Zrozumiałe, że po 30 latach – do Polski wrócił z zesłania dopiero w 1946 roku – inaczej się pamięta niż na świeżo. Oprócz tego co sam widział niejedno pewnie usłyszał i może szkoda mu było zrezygnować z tych opowieści. Przedstawić je jako własne dzieje byłoby nieuczciwością; powtykanie ich w powieść wydało mu się najlepszym rozwiązaniem. Jak na amatora bez żadnego przygotowania w tym kierunku Cehhak pisze potoczyście, składnie, lapidarnie – fakty mówią same za siebie. Zestrzelony przez Niemców, ciężko ranny, ukrywał się w Tarnopolu, a potem podjął próbę przedostania się na Węgry. Ujęty na granicy przez NKWD, był najpierw więziony, a potem odesłany w sieć Gułagu, aż wylądował w Kraju Krasnojarskim. Amnestia i armia Andersa nic mu nie pomogły, ponieważ miał nieszczęście – jeśli wierzyć powieści – urodzić się w Budapeszcie, wedle sowieckiej logiki był więc Węgrem. „Czy gdybym urodził się w samolocie, byłbym ptakiem?”...
Statki niewolnicze  NKWD

Martin J. Bollinger:  Flota Gułagu. Stalinowskie statki śmierci: transporty na Kołymę

Statki niewolnicze NKWD

W latach 70. ubiegłego wieku, kiedy jeszcze nie było wiadomo, gdzie leżą pomordowani z Katynia, partyjny naukowiec ujawnił mi w tajemnicy, że miejscem ich wiecznego spoczynku jest dno morza. Sowieci mieli ładować ich na barki, które zatapiali detonacjami, a niedobitków siekli z broni maszynowej. Według książki Martina Bollingera „Flota Gułagu” sceny takie istotnie miały miejsce, ale na Dalekim Wschodzie. Tam właśnie pozbywano się w ten sposób tysięcy łagierników bez odmrożonych rąk, nosów i uszu. „Flota Gułagu” podejmuje dziewiczy dla łagrowej literatury temat okrętów transportujących więźniów z Władywostoku i dwóch innych portów, dokąd dostarczała ich kolej transsyberyjska, do Magadanu nad Morzem Ochockim. Stamtąd szli dalej nad Kołymę, wydobywać złoto i inne kopaliny w urągających ludzkiemu bytowaniu okolicznościach. Jak oblicza Bollinger, w ten sposób przerzucono około miliona więźniów. Jakich statków do tego użyto, skąd się wzięły w posiadaniu Sowietów, jakie na nich panowały warunki – stanowi przedmiot zainteresowania tej równie fascynującej, co przerażającej książki. Na przeładowanych do granic możliwości statkach więźniów traktowano gorzej niż niewolników. Na czas rejsu wydzielano im głodowe racje i przestrzeń wielkości budki telefonicznej na każdego, a warunki higieniczne budziły grozę. Była to podróż do piekła w iście piekielnych mękach: w mroku, smrodzie, zaduchu, w gnoju, wśród jęków konających i chorych, a bywało nierzadko, że rabowanych, mordowanych, gwałconych. Bollinger przywołuje świadectwa z literatury łagrowej m.in. naszego Juliusza Bardacha, który miał okazję korzystać z owej linii pasażerskiej NKWD. Sztormy, eksplozje (wiele z tych statków przewoziło materiały wybuchowe), pożary, bunty – wszystko to dopełnia tragicznego obrazu. Gdy zaś dochodziło do katastrofy i więźniowie próbowali się ratować, konwojenci NKWD strzelali do nich jak do kaczek. Najbardziej bulwersuje w tej książce fakt,...
Strona 3 z 3123