Kaczmar



Tytuł
Między nami. Wiersze zebrane
 
Autor
Jacek Kaczmarski


Wydawca
Prószyński i S-ka 2017

Cena wydawnictwa
79 zł
Kaczmar
 

Znałem Jacka Kaczmarskiego od pierwszych kroków na scenie, od pierwszych piosenek i występów.  Wydał mi się artystą od razu w pełni ukształtowanym, który potem niewiele dodał do swego image’u. Bo też nie musiał niczego dodawać – ewentualne zmiany tylko by osłabiły jego wizerunek ostrego, bezkompromisowego w osądach śpiewającego poety. Jego śpiewanie było jak jego teksty: biło po uszach, czasem przechodziło w krzyk, ale każde słowo było na swoim miejscu, żadne nie było zbędne.

Przyjrzeć się tekstom Kaczmara, jak o nim mówił jego bliski kompan i współpracownik na scenie, Przemek Gintrowski, pozwala gruby tom wierszy „Między nami”, obejmujący cały (chyba) dorobek zmarłego przedwcześnie w 2004 roku poety. Znajduje się w nim to co śpiewał i czego zaśpiewać nie zdążył, a także „zwykłe” wiersze i utwory poetyckie, gdyż Jacek, o czym często się zapomina, był przede wszystkim poetą. Ale poetą tak różnym od innych poetów, że prawie nie utożsamia się go z tym towarzystwem.

Przede wszystkim nie publikował swych utworów w tomikach, ale wydawał w formie programów scenicznych: „Mury”, „Muzeum”, „Raj” i tak dalej. Scena i gitara, nie papier, były jego pierwszym medium wydawniczym. W dziedzinie muzycznej także był odmieńcem: grał tzw. odwrotną gitarę, prawą ręką naciskając gryf, a lewą bijąc po strunach. W związku z takim ułożeniem na dole miał struny basowe, co się wiązało z odmiennymi chwytami. Inni gitarzyści w takim ułożeniu przepinają struny; Kaczmarski tego nie robił, opanowując gitarę po swojemu. W dziedzinie muzycznej, podobnie jak w literackiej, był samoukiem.

Nie mnie oceniać poziom muzyczny jego kompozycji, ale wierszom, piosenkom trudno cokolwiek zarzucić. Może tylko to, że czasem pisał ich za dużo, miewał kłopoty z selekcją. Tom „Między nami” pokazuje trochę tzw. wierszy niekoniecznych, jak okolicznościowe przyśpiewki poświęcone osobom pracującym w RWE. Miał dar łatwego pisania, wszystko mu się natychmiast układało w strofy, nie wiem, jak mocno tego pilnował. A być może takie jest tylko wrażenie odbiorcy: „Słowa muszą sprawiać takie wrażenie, jakby potoczyły się z ręki”, powiedział mi kiedyś w wywiadzie. Miał cudowną właściwość naśladowania manier epok i poszczególnych artystów – tu przykładem jest piosenka o Dylanie, udająca zaśpiew niedawnego noblisty i swoistą filozofię jego tekstów.

Bardzo istotne jest to, o czym śpiewał: brał na warsztat całą sferę historycznych doświadczeń Polaków, czego inni unikali jak ognia. Pokazywał zmagania z komunizmem, wielką siłę demolującą przodującego ustroju, jego zakłamanie i traktowanie ludzi jak szmat, odzieranie ich z godności i sprowadzanie do statusu gorszego od zwierzęcia. „Całe życie z sensem krzyczę, całe życie” – taką autodiagnozę  postawił w jednym z najwcześniejszych utworów. Nie była to tylko kwestia odwagi. Żeby wystąpić z wielkimi tematami trzeba było odczuwać wewnętrzną predyspozycję, rodzaj naznaczenia iskrą Bożą. Talent, oddanie zawiłych polskich doświadczeń w sposób doskonały artystycznie  były warunkiem uprawiania takiej twórczości, gdyż granica między patosem a śmiesznością jest wąska i śliska. Nie byłoby wielkich pieśni w rodzaju „Krajobrazu po uczcie” bez studiów i zainteresowania Oświeceniem, tak jak nie byłoby „Świadków” czy „Epitafium dla Bruno Jasieńskiego” bez doświadczenia komunizmu.  To komunizm i sprzeciw wobec niego stworzył Kaczmarskiego-artystę.

W dziedzinie artystycznej cechowały go dobre wybory: świetnie uzupełniał go Gintrowski, znakomicie akompaniował Łapiński. Stworzyli trio, które w normalnych warunkach powinno zawojować scenę – ale tylko w Polsce. Zbyt hermetyczna, zbyt trudna była to twórczość, bez znajomości historycznego kontekstu trudna do odkodowania. Nacisk komunizmu z jednej strony był ograniczeniem, z drugiej – stymulatorem i podnietą. Bez komunizmu – powtórzę – ta twórczość mogłaby nabrać innego, może bardziej uniwersalnego charakteru. Dla mnie byłaby to wersja mniej ciekawa.

W Polsce poeta to sposób życia. Kaczmarski żył niespokojnie, za dużo pił – wzorem, chciałoby się powiedzieć, swego idola Włodzimierza Wysockiego. Kiedy w 1985 roku przyjechałem do Paryża, całe polskie środowisko wspominało wielodniowe balangi z udziałem Jacka. Alkohol zdemolował mu rodzinę i spalił krtań, decydująco przyczyniając się do jego przedwczesnej śmierci. „Z twardą kulą w przełyku łaziłem po ciemku”, powie o tym w jednym z wierszy ostatnich. Wcześniej jednak rak pozbawił go głosu, w czym oprócz wielkiej tragedii upatruję też symbolu. Może wyśpiewał co miał do wyśpiewania i napisał co było do napisania, a może gdzieś na górze zwolnił się etat na mądrego śpiewającego poetę? W końcu po tekstach „Strącanie aniołów” czy „Pusty raj” z programu „Raj” sam Bóg musiał zwrócić na Kaczmarskiego uwagę.

Przeœlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Solaris

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Solaris

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Solaris

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Solaris