Topór w stopie

Topór w stopie

Od nowego roku wizg pił unosi się nad Polską, a drzewa są walone z jakąś niepojętą zaciekłością, by nie rzec: z furią. Nowelizacja głupiego prawa niewiele zmieniła, co najwyżej więcej kopert pójdzie pod stołem za zezwolenia na wycinkę wydawane przez gminy. Drzewa zostały potraktowane jak najgorszy wróg.

Matka

Matka

Przyjechałem na jej wezwanie 4 grudnia. Już wcześniej, w listopadzie, było wiadomo, że zdrowie matki szwankuje. Pojechaliśmy wtedy do lekarki, zrobiliśmy badania. Wyniki są dobre jak na ten wiek, powiedziała lekarka. Matka miała skończone 90 lat.

Higiena jamy mózgowej

Higiena jamy mózgowej

Latorośl moja Berenika skończy niebawem 10 lat. Nie chcę powiedzieć, że czytać razem zaczęliśmy drugiego dnia po jej przyjściu na świat; w każdym razie stało się to dość wcześnie. Nie przejmowałem się, czy rozumie, o czym czytamy, bo odpowiada mi pogląd, że małe dziecko słucha najpierw melodii języka, a dopiero później łapie sens. Czytaliśmy nie na czas, ale do końca rozdziału albo do momentu, kiedy jej uwaga zaczynała odjeżdżać i małe oczka kleił sen – bo działo się to głównie wieczorami, przed spaniem. Tak zostało po dziś dzień, przy czym czytania są teraz dwa: jak ja odwalę swoje, matka zaczyna drugą turę po angielsku.

Konwicki  i  Wnuk-Lipiński

Konwicki i Wnuk-Lipiński

Niewiele łączyło tych dwóch robotników pióra oprócz tego, że zmarli mniej więcej w tym samym czasie, krótko po Nowym Roku 2015. Może także wspólny był im sposób obrazowania niektórych swoich pomysłów, gdy sięgali po motywy z fantastyki. Trylogia Apostezjonu i „Mała apokalipsa” pochodzą z tej samej parafii.

Feuerbach w lesie

Za oknem zima niemrawo próbuje sobie przypomnieć o swych powinnościach, a ja chciałbym opowiedzieć o pewnym zdarzeniu z wakacji. Chodząc z pociechą po lesie w okolicy miejscowości Zenonów, parę kilometrów za Wołominem, stanęliśmy nagle jak wryci. Oto na samym środku leśnej drogi, prosto w cuchnące błoto, bo niedawno padały obfite deszcze, ktoś wysypał tak na oko furmankę książek. Były to wydania z końca lat 50. i dalej, porządne w swoim czasie tomiszcza oprawne w płótno i szyte. Poddane destrukcyjnemu działaniu czynników atmosferycznych napuchły od wilgoci, okładki powyginały się we wszystkie strony, klejenia gdzieniegdzie puściły… Jakiś fanatyk mógłby próbować je ratować, ale ciężko o kogoś takiego w lesie. Cały ładunek musiał leżeć w tym miejscu przez jakiś czas i wydawał się nieodwołalnie zniszczony. Sięgnąłem po pierwszy z brzegu tom; były to akurat pisma Feuerbacha na niezłym papierze, który mógłby wytrzymać jeszcze niejedną dekadę. Sporo leżało na stercie filozofów z różnych szkół, trochę klasyki polskiej i obcej – słowem książki, z których większość wzięłaby z pocałowaniem ręki każda bibliotekarka. Nie pochodziły ze zlikwidowanej gdzieś w pobliżu biblioteki, bo nie miały stempli ani numerów, z całą więc pewnością należały do zbiorów prywatnych. Wyobraziłem sobie oświeconego gospodarza, jak wieczorami, po robocie w obejściu, usiłuje mimo klejących się powiek czytać owego Feuerbacha, w którym zagustował nie wiedzieć dlaczego. Że ma za sobą etażerkę z książkami i od czasu do czasu sięga do niej po jakiś tytuł. Żona utyskuje, żeby się opamiętał i nie tracił czasu na głupoty, ale on zawsze lubił książki, wydawały mu się przepustką do lepszego, jaśniejszego świata. Jemu się nie udało tam dostać, ale może któryś z synów zdoła dzięki nim...
Sposób na Niziurskiego

Sposób na Niziurskiego

W zamyśle rubryka niniejsza miała być rodzajem komentarza do rzeczywistości, ale tak się układa, że przeważnie zamieszczam tu nekrologi. Tak będzie i tym razem; miesiąc temu, 9 października 2013 zmarł Edmund Niziurski, na którego książkach , jak słyszę, chowało się nie tylko moje pokolenie, ale i młodsi, póki walec analfabetyzmu nie wyrównał wszystkiego ze szczętem. Teraz wszyscy się do Niziurskiego przyznają, opowiadają o rajach dusznych, do jakich wstępowali pod wpływem lektur jego książek i ksiąg („Księga urwisów”), a w ostatnich ocalałych księgarniach dzieł Niziurskiego nie uświadczy. Jakiś wydawca powinien się podjąć wydania dzieł zebranych, ale komu na co potrzebne takie ryzyko w dzisiejszych merkantylnych czasach. Niziurski w swych książkach dla młodzieży (bo pisał także dla dorosłych, z czego jest mniej znany) opisywał szkołę i uczniów w Polsce doby PRL-u. Jednakże takich szkół ani uczniów nie było ani wtedy, ani tym bardziej nie ma dzisiaj. Szkoła Niziurskiego jest jak gdyby uwzniośleniem PRL-owskich kombinatów („1000 szkół na tysiąclecie”), każdy uczeń ma tam osobliwe zainteresowania albo przynajmniej stara się je mieć, w oparciu o to kryterium wyłania się szkolna arystokracja. Wtedy były to nietypowe hobby, jakiś feblik, dziwna acz z jakichś powodów użyteczna w szkolnych realiach wiedza. Dziś to miejsce zajęły inne formy imponowania, jak forsa czy bryka tatusia i cała kwestia nabrała cech trywialnych. Zmagania z ciałem gogicznym u Niziurskiego urastają do rangi tytanicznych a długotrwałych zawodów, w których trzeba stosować specjalne metody, zakupione od wyższych roczników. Za dostęp do tajemnicy, jak pozorować wiedzę w ogóle jej nie mając, słono się płaci – a efekt taki, że praca choćby nad tytułowym Alcybiadesem w jednej z najgłośniejszych powieści Niziurskiego owocuje biegłą znajomością...
Strona 1 z 41234