Reminiscencje targowe

Reminiscencje targowe

W tym roku Targi Książki w Warszawie przeniesiono z Pałacu Kultury i Nauki za Wisłę – na Stadion Narodowy. Dobrze im to zrobiło. W Pałacu Kultury po kwadransie byłem mokry, a kiedy raz udałem się w zwykły dzień (czwartek jest zarezerwowany dla ludzi z branży, publiczności tego dnia niby się nie wpuszcza), po godzinie przepychania się z ludźmi czułem się zmordowany jak zapaśnik. Teraz miejsca jest więcej, Targi zrobiły się bardziej przestronne, a spomiędzy stoisk wydawców prześwitują trybuny. Gdyby odbywał się mecz, można by podnosząc wzrok znad książek śledzić reakcje publiczności. Stoiska ustawiono wzdłuż pasażu wiodącego pierścieniem mniej więcej w połowie wysokości trybun. Dostęp wszędzie idealny, kogo znuży woń papieru, ten zaraz może wytchnąć na stadionie, przeszedłszy niewiele metrów. W pozostałych kwestiach Targi są przedłużeniem tych sprzed roku i dwóch. Niektórzy wydawcy obecność na Targach uznają za swój psi obowiązek, za rzecz dodającą firmie prestiżu i wiem, że na pewno ich tu spotkam. Inni ostentacyjnie Targi lekceważą, ale wpadają popatrzeć, co w trawie piszczy. (Murawy akurat na stadionie nie było, cementowa płyta bez bramek sprawiała przygnębiające wrażenie. Dach był zasunięty.) Ogólnie rzecz biorąc zachowało się na Targach to, co najbardziej lubię: spotykanie znajomych, niektórych nie widzianych od lat, oraz możliwość wchodzenia między książki, zaglądania do tych, które wzbudzają ciekawość. W części stoisk już przy wejściu straszyła kasa jak stanowisko cekaemu na reducie, ale trudno się temu dziwić – pieniądze ze sprzedanych książek idą na opłacenie udziału w Targach. Tu znowu sytuacja od paru, parunastu lat się nie zmienia: koszt stoiska znacznie przekracza wpływy z książek i już pewnie nie będzie inaczej. Miałem do dyspozycji zbyt mało czasu, aby obejrzeć...

Naukawiec wychodzi z cienia

Jak wszyscy dobrze wiedzą, bo o sprawie było huczno w mediach, doktor Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN odczytała na nowo książkę „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Treścią książki jest walka członków Szarych Szeregów z niemieckim okupantem – za moich szkolnych czasów lektura obowiązkowa. Tytuł został wzięty ze Słowackiego, konkretnie zaś z wiersza „Testament mój”: Lecz zaklinam –  niech żywi nie tracą nadzieiI przed narodem niosą oświaty kaganiecA kiedy trzeba –  na śmierć idą po koleiJak kamienie przez Boga rzucane na szaniec. Doktor Janicka po wnikliwej lekturze „Kamieni” odkryła rzecz, która dotąd umykała pokoleniom badaczy: nie porywy patriotyczne były motorem działań „Zośki” i „Rudego”, tylko pederastia. Szare Szeregi odbiły w brawurowej akcji z rąk gestapo 25 więźniów, wśród nich „Rudego”, ale zdaniem Janickiej to właśnie homouczucie popychało młodych do bohaterskich czynów i kazało im poświęcać młode życie. Niewykluczone, że gdzieś pojawiła się potrzeba utworzenia panteonu herosów dla zwolenników miłości odwrotnej i Janicka trafnie wyczuła koniunkturę, ale w to nie chce mi się wnikać. W środowiskach kombatanckich po dictum Janickiej dosłownie zagotowało się, a żyjący członkowie Szarych Szeregów nie zostawili na jej rewelacjach suchej nitki. Jakie to szczęście, że żyją jeszcze świadkowie tych zdarzeń i mogą prostować ewidentne kłamstwa. Dlaczego Janicka po prostu nie zapytała ich, jak było? Chyba dlatego, że z Janickiej taki naukowiec jak z koziej dupy trąbka – inaczej by dołożyła starań, by zweryfikować swą karkołomną tezę. Ale wtedy z tezy nie zostałoby nic, a naukowiec w randze doktora coś publikować musi, żeby gromadzić tzw. dorobek.  Mam jednak przemożne wrażenie, że nauka nie ma tu wiele do rzeczy. Doktor Janicka bierze udział w szerokim froncie, którego celem...

Raźno do analfabetyzmu

Nowe badania czytelnictwa przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową i  TNS Polska nie pozostawiają złudzeń: aż 61 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku nie miało kontaktu z żadną książką. Żeby trochę poprawić wyniki, za książkę uznano też albumy, encyklopedie, poradniki czy słowniki, do których się zagląda, ale się ich nie czyta od deski do deski. Nikt wszak nie powie: dziś przeczytałem album. Z wypiekami na licach pochłonąłem poradnik. Prawie 40 proc. badanych zadeklarowało przynajmniej jednokrotny kontakt z książką w całym 2012 roku. Osoby, które przeczytały minimum siedem książek, w minionym roku stanowiły 11 proc. W latach 1994-2004 ten odsetek wynosił 22 – 24 proc.  Ponad połowa badanych w ciągu ostatniego miesiąca przeczytała za to dłuższy tekst, tzn. trzy strony, trzy ekrany komputera lub dłuższy artykuł. (Jak długi? – chyba taki na dwa palce.) Nastolatki czytają dwa razy więcej niż zgredy po 60. roku życia. Kobiety czytają częściej niż mężczyźni. 34 proc. Polaków z wyższym wykształceniem nie przeczytało żadnej książki w 2012 roku, ale generalnie wykształcenie sprzyja czytelnictwu. Zdecydowanie częściej po książki sięgają mieszkańcy miast niż wsi. Od jakichś sześciu lat wskaźnik czytelnictwa utrzymuje się w Polsce na tym samym niskim poziomie. Około 60 proc. Polaków nie czyta nic. – Nie jest gorzej, możemy sobie powiedzieć na pociechę po wynikach tegorocznego raportu – powiedział dyrektor Biblioteki Narodowej Tomasz Makowski. Marna to pociecha, skoro dwóch na trzech Polaków to analfabeci – bo kto nie czyta latami, ten z czasem zapomina tej szlachetnej umiejętności. Dyrektor Makowski robi dobrą minę do złej gry, bo najważniejszy wskaźnik – czytających więcej niż siedem książek – spadł od 2004 roku dwukrotnie. Przez niecałą dekadę z naszych szeregów ludzi,...

Cyfryzacja bibliotek

Gazety podały, że minister administracji i cyfryzacji Michał Boni rzucił ideę, żeby łączyć biblioteki publiczne ze szkolnymi. Jego ludzie od razu wyliczyli, ile z tego tytułu będzie oszczędności – 1 miliard złotych rocznie – które będzie można wydać na bardziej potrzebne od książek rzeczy. Po co dublować zakupy, po co zatrudniać chmary darmozjadów bibliotekarzy, ograniczmy biblioteki do niezbędnego minimum, w końcu cyfryzacja i tak je zepchnie na pobocze historii, gdzie ich miejsce. Minister Boni M., były współpracownik SB, który zgodnie z logiką dziejów zamiast odpowiedzieć za swe czyny wylądował w rządzie, musi się od czasu do czasu czymś wykazać. Stąd chyba ów szalony pomysł, będący, jak słusznie podejrzewają bibliotekarze, wstępem do likwidacji bibliotek w ogóle. Wiadomo, ile czytają Polacy (najmniej w Europie), więc biblioteki im niepotrzebne. Z postulatu łączenia bibliotek publicznych ze szkolnymi wnoszę, że Boni M. nigdy nie był ani w jednych, ani w drugich, bo nie rozumie ich specyfiki. Szkolne mają inną ofertę – dla dzieci i młodzieży, publiczne nastawione są bardziej na dorosłych. W mojej podstawówce, a potem w liceum istniały osobne biblioteki, do tego biblioteka publiczna i pedagogiczna, a wszystko w zapyziałej mieścinie Myślenice na 20 tysięcy mieszkańców. Wizyty w bibliotece po szkole albo na długiej przerwie były przejawem szlachetnego snobizmu, a nawet oznaczały nobilitację; po książki chodzili i tacy, których by nikt o to nie podejrzewał. Teraz nie pójdą, bo bibliotek nie będzie. Przyjrzyjmy się stronie technicznej pomysłu ministra Boniego M. Biblioteki można łączyć tylko w jedną stronę: nie przeniesie się wszak zbiorów biblioteki publicznej do szkolnej, tylko odwrotnie. Biblioteka publiczna nie jest z gumy, więc dodatkowe książki znajdą się w magazynie albo trafią...

Sytuacje literackie

W każdej książce beletrystycznej są fragmenty, do których chętnie wracamy i które nam się szczególnie podobają. Co do mnie, oprócz znakomitych odzywek bohaterów i wspaniałych zdań, którymi popisuje się autor, gustuję także w opisach scen i scenek. Bohaterowie imponują tam niekonwencjonalnym zachowaniem, na które może by się nie zdobyli w rzeczywistości, a my potem obserwując momenty w tzw. życiu chętnie do tego nawiązujemy. „Literacka sytuacja”, mówimy. „Scena jak z książki”, podsumowujemy. Dwie takie scenki chciałbym zaproponować Czytelnikom. Teściowa moja Bożena jest kierowcą i jeździ po mieście. Pewnego ranka wpadła podekscytowana i rozpoczęła taką oto opowieść: – Na waszym skrzyżowaniu miał miejsce incydent drogowy. Facet walnął drugiego w bok, wysiadł, obejrzał z zatroskaniem szkody, do których doprowadził, po czym nic nie mówiąc udał się do bagażnika. Wyjął stamtąd pół litra wódki i wypił je powoli, na oczach gapiów. Potem otworzył sobie piwo i pokrzepiał się nim w ciężkiej chwili. – Nie pokrzepiał się, tylko utrwalał stan upojenia – sprostowałem. – Jechał pewnie po libacji, myślał, że jakoś się uda, a tu moment nieuwagi – i kraksa. Potem zastanawiałem się nad korzyścią z takiego postępowania. Policjantom rzekł pewnie, że pod wpływem szoku złapał za wódkę i wychlał z gwinta, ale ci, jak ich znam, nie dali się nabrać (a może dali?) Przecież byle badanie krwi udowodniłoby, że promile we krwi zostały odziedziczone po upojnej nocy. W każdym razie widok owego faceta krążącego wokół katastrofy, którą sam sprokurował, i raczącego się niespiesznie najpierw wódką, potem piwem, wydał mi się godny dobrej komedii. – Czasy takie, że trzeba ze sobą wozić alibi – westchnął pewien znajomy, któremu to opowiedziałem. Druga scenka jest właściwie...

Wydawcy zaciskają pasa

Jeszcze przed końcem 2012 roku rozeszła się wieść, że niemiecka firma Weltbild, wyspecjalizowana w handlu krasnalami ogrodowymi i tym podobnymi bibelotami, wycofuje się z rynku polskiego. Przyczyną nie jest nagła a niespodziewana poprawa gustu Polaków, tylko problemy finansowe. Na książkach nie da się tyle zarobić, ile by chcieli biznesmeni z Niemiec. W efekcie decyzji Weltbildu, żeby wracać za Odrę, czego w najmniejszej mierze nie będę żałował, zostało wystawione na sprzedaż wydawnictwo Świat Książki. Weltbild przejął je kilka lat temu i natychmiast katalogi książek zamieniły się w katalogi krasnali i innego badziewia. Książki były tam jeno na doczepkę. O ile wiem, nabywcy jednak nie za bardzo się garną, co by świadczyło, że ta kura przestała znosić złote jaja. Te, które zniosła dawniej, prawdopodobnie znajdą się na wyprzedaży po obniżonych cenach. Warto się zaczaić, bo Świat Książki miał sporo dobrych tytułów wydanych pod względem technicznym w nieskazitelny sposób. Jak to mam zwyczaj czynić co jakiś czas, przejrzałem niedawno, co rynek wydawniczy zamierza nam zaoferować w pierwszych miesiącach nowego roku. Ogólne wrażenie jest takie, że zapowiada się ubożuchno – w grudniu niektórzy całkiem wstrzymali produkcję, w styczniu zaś będzie trwał dalszy ciąg zimowego snu. Może rok 2013 będzie czasem wycofywania się z działalności, która nie pozwoli utrzymać się na finansowej powierzchni? W ofercie wydawców znalazłem nadspodziewanie dużo audio-booków, co by świadczyło, że zapotrzebowanie na książki jest, tylko czytać się ludziom nie chce. Oczy przekrwione od śledzenia niskokalorycznych treści serwowanych w telewizorni mają ograniczoną wytrzymałość. W mózgu luzy, ale nie ma ich jak wypełnić, bo przepustowość wzroku osiągnęła stany graniczne. Można więc książek słuchać, ale dla mnie to namiastka – zawsze lubiłem widzieć...
Strona 3 z 41234