Sytuacje literackie

W każdej książce beletrystycznej są fragmenty, do których chętnie wracamy i które nam się szczególnie podobają. Co do mnie, oprócz znakomitych odzywek bohaterów i wspaniałych zdań, którymi popisuje się autor, gustuję także w opisach scen i scenek. Bohaterowie imponują tam niekonwencjonalnym zachowaniem, na które może by się nie zdobyli w rzeczywistości, a my potem obserwując momenty w tzw. życiu chętnie do tego nawiązujemy. „Literacka sytuacja”, mówimy. „Scena jak z książki”, podsumowujemy. Dwie takie scenki chciałbym zaproponować Czytelnikom. Teściowa moja Bożena jest kierowcą i jeździ po mieście. Pewnego ranka wpadła podekscytowana i rozpoczęła taką oto opowieść: – Na waszym skrzyżowaniu miał miejsce incydent drogowy. Facet walnął drugiego w bok, wysiadł, obejrzał z zatroskaniem szkody, do których doprowadził, po czym nic nie mówiąc udał się do bagażnika. Wyjął stamtąd pół litra wódki i wypił je powoli, na oczach gapiów. Potem otworzył sobie piwo i pokrzepiał się nim w ciężkiej chwili. – Nie pokrzepiał się, tylko utrwalał stan upojenia – sprostowałem. – Jechał pewnie po libacji, myślał, że jakoś się uda, a tu moment nieuwagi – i kraksa. Potem zastanawiałem się nad korzyścią z takiego postępowania. Policjantom rzekł pewnie, że pod wpływem szoku złapał za wódkę i wychlał z gwinta, ale ci, jak ich znam, nie dali się nabrać (a może dali?) Przecież byle badanie krwi udowodniłoby, że promile we krwi zostały odziedziczone po upojnej nocy. W każdym razie widok owego faceta krążącego wokół katastrofy, którą sam sprokurował, i raczącego się niespiesznie najpierw wódką, potem piwem, wydał mi się godny dobrej komedii. – Czasy takie, że trzeba ze sobą wozić alibi – westchnął pewien znajomy, któremu to opowiedziałem. Druga scenka jest właściwie...

Wydawcy zaciskają pasa

Jeszcze przed końcem 2012 roku rozeszła się wieść, że niemiecka firma Weltbild, wyspecjalizowana w handlu krasnalami ogrodowymi i tym podobnymi bibelotami, wycofuje się z rynku polskiego. Przyczyną nie jest nagła a niespodziewana poprawa gustu Polaków, tylko problemy finansowe. Na książkach nie da się tyle zarobić, ile by chcieli biznesmeni z Niemiec. W efekcie decyzji Weltbildu, żeby wracać za Odrę, czego w najmniejszej mierze nie będę żałował, zostało wystawione na sprzedaż wydawnictwo Świat Książki. Weltbild przejął je kilka lat temu i natychmiast katalogi książek zamieniły się w katalogi krasnali i innego badziewia. Książki były tam jeno na doczepkę. O ile wiem, nabywcy jednak nie za bardzo się garną, co by świadczyło, że ta kura przestała znosić złote jaja. Te, które zniosła dawniej, prawdopodobnie znajdą się na wyprzedaży po obniżonych cenach. Warto się zaczaić, bo Świat Książki miał sporo dobrych tytułów wydanych pod względem technicznym w nieskazitelny sposób. Jak to mam zwyczaj czynić co jakiś czas, przejrzałem niedawno, co rynek wydawniczy zamierza nam zaoferować w pierwszych miesiącach nowego roku. Ogólne wrażenie jest takie, że zapowiada się ubożuchno – w grudniu niektórzy całkiem wstrzymali produkcję, w styczniu zaś będzie trwał dalszy ciąg zimowego snu. Może rok 2013 będzie czasem wycofywania się z działalności, która nie pozwoli utrzymać się na finansowej powierzchni? W ofercie wydawców znalazłem nadspodziewanie dużo audio-booków, co by świadczyło, że zapotrzebowanie na książki jest, tylko czytać się ludziom nie chce. Oczy przekrwione od śledzenia niskokalorycznych treści serwowanych w telewizorni mają ograniczoną wytrzymałość. W mózgu luzy, ale nie ma ich jak wypełnić, bo przepustowość wzroku osiągnęła stany graniczne. Można więc książek słuchać, ale dla mnie to namiastka – zawsze lubiłem widzieć...

Zapach Świąt

Pamiętam bardzo wyraźnie swoje dzieciństwo, trochę gorzej młodość, a już całkiem kiepsko tzw. chwilę obecną. Jest to spowodowane trudami egzystencji, wiekiem, kiepskim odżywianiem, a nade wszystko godnym ubolewania zwyczajem wentylowania mózgu co drugi dzień z szarych komórek. Pamiętam zatem, jak bogatym rytuałem obudowane było zakupienie choinki, po odpowiednim przycięciu ustawienie jej w pokoju, jak ważną i odpowiedzialną czynnością było odebranie życia karpiom – właściwej ich liczbie i w odpowiednim czasie. Ozdoby na choinkę przygotowywało się na miesiąc wcześniej, planując zakupy grubo przed Mikołajem, robiąc przegląd tego, co zostało z zeszłego roku, szykując nici, nożyczki, owijając w sreberko orzechy… Sam ceremoniał zawieszania godzien był Bizancjum. Reprezentanci różnych szkół w osobach matki, ojca i siostry spierali się, co, gdzie i w jakiej ilości ma wisieć, aby wzbudzało wysokie doznania estetyczne i jednocześnie świadczyło o zamożności gospodarzy. Bo choinkę obowiązkowo pokazywało się znajomym. Trwało wtedy coś w rodzaju turnieju choinek, po dziś dzień ostał się tylko turniej szopek w Krakowie, którego nie widziałem, więc chętnie wierzę, że wiele z tradycji tam się nie uchowało. Moje dzieciństwo w grudniu było światem zapachów. Do dziś pamiętam doskonale zapach pierwszej książki, którą „przyniósł święty Mikołaj” za dobre sprawowanie. Tytułu, autora – nie pamiętam, a jak pachniała – owszem. Żadna inna nie pachniała w ten sposób. Czuję woń kredek, którymi ku utrapieniu matki zarysowywałem wszystkie prowokujące bielą powierzchnie. A zapach igliwia, inny świeżego, inny opadającego już na podłogę, zapach „anielskich włosów” – sucha, jakby zatęchła od rocznego leżenia na strychu uroczystość. Gwiazdka na samym szczycie, kolędy z własnych gardeł, z radia, kiedy już je tam nadawano – wszystko miało wtedy swój aromat, niepowtarzalny klimat, którego już...

Wirtualna apokalipsa

Koniec świata nastąpi wśród aplauzu dowcipnisiów, którzy będą myśleli, że to żarty.                                                    Søren Kierkegaard   Apokalipsa, czyli zagłada w skali zarówno lokalnej, jak globalnej, jest wdzięcznym tematem dla kina i literatury, które z lubością ukazują wizje zdruzgotanej ludzkości i jej cywilizacji. Dzieł obu rodzajów powstało na ten temat mrowie. Wykaz samych filmów katastroficznych, ściągnięty z Internetu, obejmuje 14 stron drobnym drukiem. Wielkiej liczbie dzieł towarzyszy mała rozmaitość przedstawionych przez nie przyczyn apokalipsy. Można by je policzyć na palcach obu rąk, choć zagrożenie, jakie się im przypisuje, zależy chyba od nastroju cywilizacji. Dziś nikogo nie przestraszy np. syndrom roku 2000, kiedy to na magicznej dacie miały się zawiesić komputery i strącić ludzkość do XIX wielu. Także o filmach na ten temat specjalnie się nie słyszało, bo sam proces, zachodzący gdzieś w trzewiach maszyn liczących, w dostających kociokwiku programach, wydawał się nie dość widowiskowy. Wśród ujęć apokalipsy w filmie i literaturze wybuchy, rozbłyski, huk, walenie się całych miast w ruiny, cwałowanie gromad ludzkich ku wątpliwemu ocaleniu, tsunami wysokie jak Himalaje, a co najmniej jak Alpy – są na porządku dziennym. Wiele z tych dzieł wykazuje wieloplanowość, rozgrywając się w symbolicznych miejscach (Paryż z wieżą Eiffla, Nowy Jork ze Statuą Wolności itp.) i wśród bohaterów z różnych środowisk. Chodzi bodaj o pokazanie kataklizmu z innego ujęcia, innymi oczami, przez pryzmat innych doświadczeń – a de facto o zaserwowanie widzowi owych detonacji i rozwalania dekoracji po raz n-ty. W filmowych ujęciach ważną rolę odgrywają efekty specjalne, często dominujące nad sensem scenariusza. W tego typu zabawie niezbędni są naukowcy, którzy wyjaśnią niezorientowanym, co się dzieje i znajdą sposób na wyjście z opresji. Choć...

Nobel z kretesem

Kulawa feministka Murzynka, najlepiej prawnuczka niewolnika z Zanzibaru, z usposobienia religijnego kapłanka Złego Mzimu, kamienowana za przekonania podczas wizyty w Pakistanie, rytualnie obrzezana jako dziecko, współtwórczyni ideologii Czarnych Sióstr, je tylko kozi ser od kóz, które sama doi. Dwukrotnie zmieniała płeć. Pisze z rana w wieńcu na głowie splecionym z tej samej kolczastej rośliny, z której Kali i Staś wznosili zeriby dla ochrony przed dzikim zwierzem. „Ból, który towarzyszy tworzeniu, winien rezonować w umysłach odbiorców”, powiada w wywiadach – najlepiej więc, by czytelnik jej nielicznych dzieł smagał się w czas lektury rózgami po gołych plecach. Neurotyczka; podczas występów w TV wyłamuje palce. Raz do roku zrzuca habit pokutnicy i w nowojorskich dyskotekach dla lesbijek szaleje do białego rana. Społecznica; optuje za tzw. wczesną eutanazją, stosowaną wobec osieroconych dzieci z Czarnego Lądu, „bo i tak nic dobrego z nich nie wyrośnie”. Oto idealna kandydatka do Nagrody Nobla, gdzie od lat przestała się liczyć jakość pisarskiego dzieła, a obowiązuje dziwaczny „klucz” – dawno nie dostał Azjata molestowany w dzieciństwie przez wuja, a znowu pasterze z Gwatemali, ryjący strofy patykiem w krowim łajnie domagają się uhonorowania, dwadzieścia lat nie było nikogo kontrowersyjnego, więc dajmy temu Murzynowi, który uczy sztuki recytatorskiej pawiany itp. Maluczko, a takie argumenty będą w jury noblowskim na porządku dziennym. Wartość literatury zeszła na plan dalszy; czytelnicy zapoznający się z dziełami noblistów Le Clezio czy Dario Fo przecierali oczy ze zdumienia. Krytycy Nagrody Nobla wskazują od lat, jakie to półtoraki literackie dostały ów laur. Kto dziś pamięta nazwiska Pontoppidan, Mommsen (ale nie ten z opowiadania Lema „Terminus”), Spiteller, Eucken, Heidenstam czy Sydenstricker Buck? A nie dostali Tołstoj, Conrad, Czechow,...
Zmarł Borys Strugacki

Zmarł Borys Strugacki

Borys Strugacki, druga połowa słynnej spółki pisarskiej science fiction, nie żyje. Zmarł 19 listopada w Petersburgu, w przyszłym roku miałby 80 lat. Prawie dokładnie 21 lat temu na tamten świat przeniósł się Arkadij; teraz spółka połączyła się i może działać dalej. Nie wiadomo tylko, czy tam, dokąd się niezależnie udali, istnieje coś takiego jak książki. Byli swoistym fenomenem, uzupełniając się pod wieloma względami. Arkadij starszy, okrągły, pogodniejszy, o bardziej słowiańskiej urodzie. Borys szczuplejszy, chmurny, na zdjęciach przypominał bardziej Azjatę. Arkadij, japonista i anglista, ergo humanista, miał chyba na mocy starszeństwa więcej w spółce do powiedzenia. Borys, praktykujący astronom z obserwatorium w Pułkowie, dysponował umysłem bardziej ścisłym. Uzupełniali się kompetencjami i zainteresowaniami, każdy wnosił do spółki coś, czego ten drugi nie mógłby imitować. Nigdy nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób ludzie o tak różnych osobowościach i usposobieniach mogli ze sobą tyle lat owocnie współpracować. Podobno spotykali się w połowie drogi między Moskwą a Leningradem, wynajmowali pokój, Arkadij siadał przy maszynie, a Borys chodził w kółko po pomieszczeniu. Dyskutowali, jakie ma być następne zdanie i kiedy dochodziło do zgody, zapisywali je. Zdanie po zdaniu. Ale przecież zwykły pojedynczy literat pracuje nie inaczej. O tyle ma łatwiej, że uzgadnia tylko ze sobą. Po śmierci Arkadija Borys próbował pisać sam, ale jego twórczość samodzielna przedstawia się skąpo, jak na tyle lat. Książki, które wypuścił, nie miały już tej mocy ani tej atmosfery co wspólne dzieła Strugackich. To najlepszy dowód, że bez drugiej połowy taka spółka nie działa. Podobnie byłoby, gdyby wcześniej zabrakło Borysa – sam Arkadij nie spisałby się tak dobrze jak z bratem. Borys nie zamykał się w wieży z kości słoniowej,...
Strona 4 z 512345