Zapach Świąt

Pamiętam bardzo wyraźnie swoje dzieciństwo, trochę gorzej młodość, a już całkiem kiepsko tzw. chwilę obecną. Jest to spowodowane trudami egzystencji, wiekiem, kiepskim odżywianiem, a nade wszystko godnym ubolewania zwyczajem wentylowania mózgu co drugi dzień z szarych komórek. Pamiętam zatem, jak bogatym rytuałem obudowane było zakupienie choinki, po odpowiednim przycięciu ustawienie jej w pokoju, jak ważną i odpowiedzialną czynnością było odebranie życia karpiom – właściwej ich liczbie i w odpowiednim czasie. Ozdoby na choinkę przygotowywało się na miesiąc wcześniej, planując zakupy grubo przed Mikołajem, robiąc przegląd tego, co zostało z zeszłego roku, szykując nici, nożyczki, owijając w sreberko orzechy… Sam ceremoniał zawieszania godzien był Bizancjum. Reprezentanci różnych szkół w osobach matki, ojca i siostry spierali się, co, gdzie i w jakiej ilości ma wisieć, aby wzbudzało wysokie doznania estetyczne i jednocześnie świadczyło o zamożności gospodarzy. Bo choinkę obowiązkowo pokazywało się znajomym. Trwało wtedy coś w rodzaju turnieju choinek, po dziś dzień ostał się tylko turniej szopek w Krakowie, którego nie widziałem, więc chętnie wierzę, że wiele z tradycji tam się nie uchowało. Moje dzieciństwo w grudniu było światem zapachów. Do dziś pamiętam doskonale zapach pierwszej książki, którą „przyniósł święty Mikołaj” za dobre sprawowanie. Tytułu, autora – nie pamiętam, a jak pachniała – owszem. Żadna inna nie pachniała w ten sposób. Czuję woń kredek, którymi ku utrapieniu matki zarysowywałem wszystkie prowokujące bielą powierzchnie. A zapach igliwia, inny świeżego, inny opadającego już na podłogę, zapach „anielskich włosów” – sucha, jakby zatęchła od rocznego leżenia na strychu uroczystość. Gwiazdka na samym szczycie, kolędy z własnych gardeł, z radia, kiedy już je tam nadawano – wszystko miało wtedy swój aromat, niepowtarzalny klimat, którego już...

Wirtualna apokalipsa

Koniec świata nastąpi wśród aplauzu dowcipnisiów, którzy będą myśleli, że to żarty.                                                    Søren Kierkegaard   Apokalipsa, czyli zagłada w skali zarówno lokalnej, jak globalnej, jest wdzięcznym tematem dla kina i literatury, które z lubością ukazują wizje zdruzgotanej ludzkości i jej cywilizacji. Dzieł obu rodzajów powstało na ten temat mrowie. Wykaz samych filmów katastroficznych, ściągnięty z Internetu, obejmuje 14 stron drobnym drukiem. Wielkiej liczbie dzieł towarzyszy mała rozmaitość przedstawionych przez nie przyczyn apokalipsy. Można by je policzyć na palcach obu rąk, choć zagrożenie, jakie się im przypisuje, zależy chyba od nastroju cywilizacji. Dziś nikogo nie przestraszy np. syndrom roku 2000, kiedy to na magicznej dacie miały się zawiesić komputery i strącić ludzkość do XIX wielu. Także o filmach na ten temat specjalnie się nie słyszało, bo sam proces, zachodzący gdzieś w trzewiach maszyn liczących, w dostających kociokwiku programach, wydawał się nie dość widowiskowy. Wśród ujęć apokalipsy w filmie i literaturze wybuchy, rozbłyski, huk, walenie się całych miast w ruiny, cwałowanie gromad ludzkich ku wątpliwemu ocaleniu, tsunami wysokie jak Himalaje, a co najmniej jak Alpy – są na porządku dziennym. Wiele z tych dzieł wykazuje wieloplanowość, rozgrywając się w symbolicznych miejscach (Paryż z wieżą Eiffla, Nowy Jork ze Statuą Wolności itp.) i wśród bohaterów z różnych środowisk. Chodzi bodaj o pokazanie kataklizmu z innego ujęcia, innymi oczami, przez pryzmat innych doświadczeń – a de facto o zaserwowanie widzowi owych detonacji i rozwalania dekoracji po raz n-ty. W filmowych ujęciach ważną rolę odgrywają efekty specjalne, często dominujące nad sensem scenariusza. W tego typu zabawie niezbędni są naukowcy, którzy wyjaśnią niezorientowanym, co się dzieje i znajdą sposób na wyjście z opresji. Choć...

Nobel z kretesem

Kulawa feministka Murzynka, najlepiej prawnuczka niewolnika z Zanzibaru, z usposobienia religijnego kapłanka Złego Mzimu, kamienowana za przekonania podczas wizyty w Pakistanie, rytualnie obrzezana jako dziecko, współtwórczyni ideologii Czarnych Sióstr, je tylko kozi ser od kóz, które sama doi. Dwukrotnie zmieniała płeć. Pisze z rana w wieńcu na głowie splecionym z tej samej kolczastej rośliny, z której Kali i Staś wznosili zeriby dla ochrony przed dzikim zwierzem. „Ból, który towarzyszy tworzeniu, winien rezonować w umysłach odbiorców”, powiada w wywiadach – najlepiej więc, by czytelnik jej nielicznych dzieł smagał się w czas lektury rózgami po gołych plecach. Neurotyczka; podczas występów w TV wyłamuje palce. Raz do roku zrzuca habit pokutnicy i w nowojorskich dyskotekach dla lesbijek szaleje do białego rana. Społecznica; optuje za tzw. wczesną eutanazją, stosowaną wobec osieroconych dzieci z Czarnego Lądu, „bo i tak nic dobrego z nich nie wyrośnie”. Oto idealna kandydatka do Nagrody Nobla, gdzie od lat przestała się liczyć jakość pisarskiego dzieła, a obowiązuje dziwaczny „klucz” – dawno nie dostał Azjata molestowany w dzieciństwie przez wuja, a znowu pasterze z Gwatemali, ryjący strofy patykiem w krowim łajnie domagają się uhonorowania, dwadzieścia lat nie było nikogo kontrowersyjnego, więc dajmy temu Murzynowi, który uczy sztuki recytatorskiej pawiany itp. Maluczko, a takie argumenty będą w jury noblowskim na porządku dziennym. Wartość literatury zeszła na plan dalszy; czytelnicy zapoznający się z dziełami noblistów Le Clezio czy Dario Fo przecierali oczy ze zdumienia. Krytycy Nagrody Nobla wskazują od lat, jakie to półtoraki literackie dostały ów laur. Kto dziś pamięta nazwiska Pontoppidan, Mommsen (ale nie ten z opowiadania Lema „Terminus”), Spiteller, Eucken, Heidenstam czy Sydenstricker Buck? A nie dostali Tołstoj, Conrad, Czechow,...
Zmarł Borys Strugacki

Zmarł Borys Strugacki

Borys Strugacki, druga połowa słynnej spółki pisarskiej science fiction, nie żyje. Zmarł 19 listopada w Petersburgu, w przyszłym roku miałby 80 lat. Prawie dokładnie 21 lat temu na tamten świat przeniósł się Arkadij; teraz spółka połączyła się i może działać dalej. Nie wiadomo tylko, czy tam, dokąd się niezależnie udali, istnieje coś takiego jak książki. Byli swoistym fenomenem, uzupełniając się pod wieloma względami. Arkadij starszy, okrągły, pogodniejszy, o bardziej słowiańskiej urodzie. Borys szczuplejszy, chmurny, na zdjęciach przypominał bardziej Azjatę. Arkadij, japonista i anglista, ergo humanista, miał chyba na mocy starszeństwa więcej w spółce do powiedzenia. Borys, praktykujący astronom z obserwatorium w Pułkowie, dysponował umysłem bardziej ścisłym. Uzupełniali się kompetencjami i zainteresowaniami, każdy wnosił do spółki coś, czego ten drugi nie mógłby imitować. Nigdy nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób ludzie o tak różnych osobowościach i usposobieniach mogli ze sobą tyle lat owocnie współpracować. Podobno spotykali się w połowie drogi między Moskwą a Leningradem, wynajmowali pokój, Arkadij siadał przy maszynie, a Borys chodził w kółko po pomieszczeniu. Dyskutowali, jakie ma być następne zdanie i kiedy dochodziło do zgody, zapisywali je. Zdanie po zdaniu. Ale przecież zwykły pojedynczy literat pracuje nie inaczej. O tyle ma łatwiej, że uzgadnia tylko ze sobą. Po śmierci Arkadija Borys próbował pisać sam, ale jego twórczość samodzielna przedstawia się skąpo, jak na tyle lat. Książki, które wypuścił, nie miały już tej mocy ani tej atmosfery co wspólne dzieła Strugackich. To najlepszy dowód, że bez drugiej połowy taka spółka nie działa. Podobnie byłoby, gdyby wcześniej zabrakło Borysa – sam Arkadij nie spisałby się tak dobrze jak z bratem. Borys nie zamykał się w wieży z kości słoniowej,...

Dlaczego książki są drogie

Wielokrotnie pytano mnie, dlaczego książki w Polsce są tak straszliwie drogie. Jeszcze nie tak dawno przeciętną książkę można było mieć za sumę do 30 zł. Obecnie  jest to przynajmniej o 10 zł więcej. Porządna książka w twardej oprawie kosztuje tyle co sweterek dla dziecka. Pytanie jest źle postawione. Powinno brzmieć: dlaczego nie stać nas na zakup książki, na którą mamy ochotę? W poszukiwaniu odpowiedzi odwołajmy się do rozumowania Waldemara Łysiaka, zamieszczonego w ostatnim „Uwarzam Rze”. Cytat będzie dość długi, ale smaczny. Pisze Łysiak: „W Polsce chory jest cały system służby zdrowia i opieki medycznej (katastrofalny stan szpitali, tasiemcowe kolejki do specjalistów itp.). W Polsce chory jest cały system biurokracji (nieustannie rosnąca kasta urzędników, którzy pasożytują na budżecie państwa, a interesy państwa tudzież interes obywatela petenta rutynowo lekceważą). W Polsce chory jest cały system inwestycji i wdrażania biznesu (trzeba wielu miesięcy i stosu opieczętowanych papierków, by założyć firmę lub rozpocząć działalność gospodarczą, gdy w innych krajach formalności trwają od kilku minut do kilku godzin). W Polsce chory jest cały system kultury (dominują go prezentacje dewiantyczne oraz hucpa popowa sortu rynsztokowego). W Polsce chory jest cały system sprawiedliwości (przekupni, stronniczy, upartyjnieni sędziowie i prokuratorzy, policja notorycznie współpracująca z kryminalistami, seryjne więzienne „samobójstwa” sprawców, którzy zbyt dużo wiedzą, oraz likwidowanie świadków, którzy mogliby za dużo zeznać, itp.) W Polsce chory jest cały system polityczny ergo partyjny (we wszystkich partiach brakuje ludzi uczciwych i z klasą – 90% członków i aktywistów każdej partii to figury szemrane, mniej lub bardziej ogładzone szumowiny). W Polsce chory jest cały system fiskalny (kompletna bezkarność dygnitarzy i biuralistów fiskusa, którzy niesprawiedliwymi, niezgodnymi z paragrafem decyzjami niszczą świetnie funkcjonujące...
Strona 4 z 41234