Inteligent z wytrychem

Beata i Eugeniusz Dębscy:  Dwudziesta trzecia

Inteligent z wytrychem

Nie znam całej obfitej twórczości Eugeniusza Dębskiego – 30 powieści i 100 opowiadań – ale zdaje mi się, że to pierwszy kryminał w jego wykonaniu, co prawda w koprodukcji z żoną Beatą. Byłem go więc solidnie ciekaw, nie dla zawartych w nim prawd, tylko dla powodów opuszczenia przez autora fantastycznych rewirów – te powody spodziewałem się w toku śledztwa wykryć. Atoli przy lekturze przestało mieć znaczenie, dlaczego Dębski zapragnął wypowiedzieć się w tej formie, z głębokich potrzeb duszy czy dla pieniędzy. Powieść, może dzięki wsparciu żony, wyszła mu zgrabnie, wszelkie rudymenty gatunku są w niej zachowane. Samotny, niezamożny śledczy analizujący na zlecenie świeżą zbrodnię i tropiący zbrodniarza, ciekawa intryga, znajomość potrzebnych do jej opowiedzenia detali. Bardzo podobały mi się scenki „z Polski”, zwłaszcza dialogi w prowincjonalnym Dobromierzu. Do tego trochę celnych obserwacji z tzw. rzeczywistości, poczynionych gdy bohater realizuje swe zadania. To tło, dbałość o jego fakturę, jest cechą najlepszych – czasem zdaje mi się, że ciekawszy bywa w kryminałach obraz prowincjonalnej Ameryki niż to, kto, jak i kogo pozbawił życia. Winkler, samotnik wyrzucony z policji, bo porwał się na szarganie za wysoko postawionych person, robi tu za jedynego sprawiedliwego na oceanie bezprawia i bylejakości moralnej. Potem okazuje się, że nie jest tak źle, ktoś naszemu szeryfowi pomaga. Żyje skromnie, ima się dziwnych zajęć, na przykładzie jego rodziny widzimy, jak zdziadziała inteligencja po tzw. odzyskaniu niepodległości. Braki finansowe są na porządku dziennym, ale za to życie duchowe i maniery – ho, ho! Winkler z równą biegłością posługuje się sztućcami w wytwornej restauracji co wytrychami podczas nocnych eskapad. Tylko czemu babcia z wnuczkiem przeklinają niczym ministrowie Tuska? Dla większej ekspresji?...
Heil Himmler!

Robert Conroy:  Ostatnia wojna Himmlera

Heil Himmler!

Powieści takie jak „Ostatnia wojna Himmlera” Conroya określa się jako fantastykę historyczną albo światy alternatywne: wszystko niby dzieje się jak w naszym świecie, ale po niewielkiej modyfikacji. U Conroya jest to przypadkowy nalot aliantów w roku 1944, w wyniku którego ginie sam Hitler. Nie ma więc spisku Stauffenberga, bo nie trzeba usuwać szaleńca, który głupimi decyzjami komplikuje wojnę swoim armiom i ułatwia sprawę przeciwnikowi. Hitlera zastępuje Himmler – ale nie ma już tego autorytetu co Führer, bo pozbawiony jest nieobliczalności i geniuszu tamtego. Niemniej coś trzeba przestawić na froncie wojennym – to bodaj najciekawsza część powieści Conroya, którą poza tym wypełnia opis wojennych zmagań. Fikcyjni bohaterowie przewijają się w tle i na pierwszym planie, ruch sceniczny składający się na książkę o wojnie został dobrze oddany, kilku bohaterów niesie intrygę, tak aby czytelnik mógł się do nich przyzwyczaić. Co pewien czas Conroy stosuje wtręty ze świata wielkiej polityki i na dobrą sprawę wystarczyłoby ograniczyć się do lektury właśnie tych fragmentów, aby zyskać rozeznanie w koncepcji autora. Niemcy dogadują się więc ze Stalinem, w wyniku czego Sowieci zatrzymują ofensywę i kierują swe wojska na wschód oraz ku Turcji, podczas gdy Wehrmacht odwrotnie – chce postawić tamę aliantom. Sowieci w zamian za Własowa obdarzają Niemców dwoma tysiącami czołgów T-34; wredni faszyści detonują im za to bombę atomową prawie u stóp Kremla. Stalin z całą wierchuszką giną i na moment w ZSSR panuje bezkrólewie. Dla człowieka, który miał kontakt z jądrami atomowymi ten wątek jest szczególnie zajmujący. W realnym świecie Niemcy nie mieli bomby na wyciągnięcie ręki, bo błędnie oszacowali ilość materiału rozszczepialnego niezbędnego do jej zbudowania. Tu jednak Heisenberg z innymi niemieckimi...
Raj psychopatów

Cormac McCarthy:  To nie jest kraj dla starych ludzi

Raj psychopatów

„To nie jest kraj dla starych ludzi” Cormaca McCarthy’ego wydaje się powieścią kryminalną w takim samym sensie, w jakim „Droga” tego autora wydaje się powieścią science fiction. Owszem, są tu elementy, których zwykle używają producenci tego typu utworów, ale McCarthy traktuje je po swojemu i robi z nimi co mu się podoba. Nade wszystko nie są one celem samym w sobie, ale służą do wypowiedzenia przesłania zasygnalizowanego lapidarnie w tytule. Krótko o fabule: pewien człowiek nazwiskiem Moss polując na pustyni blisko granicy z Meksykiem znajduje tam postrzelane samochody z trupami, a przy nich ładunek narkotyków i torbę z dwoma milionami dolarów z okładem. Jak to bywa przy takiej wymianie, doszło do zadrażnień między gangsterami i postrzelali się niebożęta śmiertelnie. Znalazca ogląda tę scenerię ze znawstwem, gdyż zabijanie nie jest mu obce (był w Wietnamie), po czym oddala się z dolarami. Wie, że popełnił błąd, za który przyjdzie mu zapłacić, ale dolary są silniejsze od rozsądku. Co się stało później, kogo mafia wysłała do odzyskania szmalu, jak się sprawiła policja itp. – jest tematem całej reszty książki. Od razu powiedzmy, że jest to historia niezwykle krwawa, trup  ściele się gęsto, jeśli ktoś trzyma w tej książce broń, to nie dla ozdoby. Jeśli strzela, to tak, żeby zabić. Idący tropem naszego nagle wzbogaconego bohatera zawodowy zabójca ma własny kodeks, dorwanie złodzieja – bo tak kwalifikują „znalazcę” – jest sprawą bandyckiego honoru, przestrzegania zawodowej etykiety. To nie morderca, to egzekutor, posłać kogoś do piekła to dla niego jak splunąć. Ale i nasz Wietnamczyk Moss sroce spod ogona nie wypadł, więc zmagania odbywają się na raczej wysokim poziomie. McCarthy’emu udaje się wprowadzić zwykłą...
Strona 2 z 212