Marcin Przybyłek o „CEO Slayerze”

Marcin Przybyłek o „CEO Slayerze”

– „CEO Slayer” nastąpił po serii książek z cyklu Gamedec. Czy wynikło to tylko z chęci odmiany?

– Myślę, że w głowie każdego autora rodzi się wiele wizji, niezależnie od tego, nad czym w danym momencie pracuje. Gdy tworzyłem sagę „Gamedec”, długą i rozbudowaną (w sumie pięć części), odkładałem inne pomysły na półkę, wiedząc, że gdy skończę z Gamedekiem, zajmę się właśnie nimi. Tym, który najbardziej mnie pociągał, był CEO Slayer, więc tę opowieść zrealizowałem jako pierwszą. W kolejce czekają przynajmniej trzy inne wizje, także niezwiązane z przygodami Torkila Aymore’a. Więc to nie chęć odmiany była przyczyną, tylko to, co zwykle – niewolnictwo. Jestem niewolnikiem wizji, które powstają w mojej głowie.  

– Ze świata gier zwróciłeś się ku wielkim korporacjom. Wkurzyła cię rzeczywistość?

– Bardzo. To zresztą widać już w Gamedecu. Torkil w początkowych częściach zanurza się w świat korporacyjnych walk i szpiegostwa. Zdarza mu się zastraszyć dyrektora dużej firmy, ukraść mu pneumobil i nie ukrywać podczas tej akcji złośliwej satysfakcji. Rzeczywistość cywilizowanych krajów początku tego wieku doprowadza mnie do rozpaczy. Społeczna akceptacja kłamstwa, rozmycia odpowiedzialności i szarzyzny moralnej jest straszna. Zamykanie oczu na to, co wyprawiają wielkie firmy to wina nas wszystkich. Zgoda, by producenci odzieży wykorzystywali tanią siłę roboczą w Bangladeszu, akceptacja tego, że firmy troniczne niczego nie robią, by przeciwdziałać zatruciom benzenem w Chinach, spokojne przyglądanie się, jak banki wciskają ludziom kredyty „piętnastoprocentowe”, będące w istocie umowami na sto pięćdziesiąt – dwieście procent, skutkiem czego co chwila jakaś rodzina traci dom czy mieszkanie – to przecież granda w biały dzień i my wszyscy w tej grandzie tkwimy. Ostatnio analizowałem, jaki zawód nie zawiera dylematów moralnych. Nawet strażaka odrzuciłem, bo tam przecież jest drabina hierarchiczna. Zostały niektóre zajęcia typu freelancer, mój zawód wyłączając, bo jako trener biznesowy uczestniczę po trochu „w tym wszystkim”. Odkupieniem są książki, które piszę.  

– W jakim stopniu tworząc tę powieść inspirowałeś się „Złym” Tyrmanda?

– Gdy pojawił się pierwszy tom Gamedeca, pytano mnie, w jakim stopniu inspirowałem się prozą Raymonda Chandlera. Za każdym razem odpowiadałem, że w minimalnym, bo w owym czasie jego dzieł nie znałem (znałem adaptacje filmowe i teatralne jego tekstów). Podobnie rzecz się ma ze „Złym”. Ta książka żyła w moim rodzinnym domu, rodzice znali ją dobrze i chętnie cytowali (cytat „Zatrzaśnij się, Meteor” tak mocno wszedł mi do głowy, że z pewnością zabiorę go ze sobą do grobu), ale ja tej książki wciąż jeszcze nie przeczytałem. Może i dobrze, bo, jak mi się wydaje, stworzyłem „Złego 2.0” na swój sposób, bez infekcji prozą Leopolda Tyrmanda. Teraz ze spokojem ducha mogę pierwszą opowieść o warszawskim mścicielu przeczytać i dowiedzieć się, gdzie potencjalni krytycy będą się dopatrywać podobieństw.  

– Jaki wpływ na tę powieść miały Twoje osobiste doświadczenia z korporacjami?

– Znam wielu menadżerów średniego i wysokiego szczebla dużych firm. Rozmawiam z nimi, słucham przekazów o ich szefach, nieczystych zagraniach, mobbingu, o zachowaniach nieprzyzwoitych, ale, niestety, zazwyczaj zgodnych z prawem. Znam paru dziennikarzy, którzy mocno siedzą w tym środowisku i ich także słucham. Wszystkie bez wyjątku korporacyjne sceny opisane w „CEO Slayerze” mówiące o paskudnych zachowaniach szefów i szefowych są wzorowane na prawdziwych zdarzeniach. Trochę je podkolorowałem, wstawiłem w kąt robota lub drukarkę 3D, zmieniłem nazwisko i nazwę firmy, ale poza tym to nasza rzeczywistość. Rzecz jasna część z tych scen opiera się na domysłach, bo nikt o zdrowych zmysłach nie doniósłby mi o tak poważnych przekrętach. Ostatnio zostałem w sposób absolutnie jawny (choć zgodny z prawem) oszukany przez pewną firmę ubezpieczeniową. Mają szczęście, że stało się to po publikacji „CEO Slayera”. W przeciwnym wypadku nie omieszkałbym nazwać jednego z książkowych konsorcjów anagramem stworzonym na bazie nazwy oszukańczej korporacji. Na przykład Klin 8.  

– Nadałeś głównemu bohaterowi wiele własnych cech. Czy to znaczy, że utożsamiasz się z jego misją?

– Rodney Pollack to postać komiksowa, przerysowana, podobnie zresztą jak wszyscy bohaterowie książki. Niemniej tak, utożsamiam się z jego misją. I dziwię się, że nie jest to zjawisko powszechne wśród współczesnych autorów. Czytałem Twoją, Marku, książkę „Rewolucja z dostawą na miejsce” wydaną przez Solaris. Uznałem ten zbiór za ważny. Wyraziłem nawet opinię, że teksty w nim zawarte powinni znać maturzyści, zanim zanurzą się w „dorosły świat”, żeby zrozumieli, jak jest skonstruowana współczesna rzeczywistość. Uważam, że obowiązkiem czy może rolą pisarza jest nie tylko zabawiać odbiorcę interesującymi konstruktami intelektualnymi, ale w jakiś sposób reagować na otaczające nas realia. Jeśli widzimy coś złego, nie powinniśmy pozostawać bierni. Za dwadzieścia, trzydzieści lat współczesne czasy zostaną napiętnowane i nazwane (Erą Barbarzyństwa Biznesowego? Półwieczem Monetarnego Kłamstwa?) i wszyscy będą perorować, jak straszny i niesprawiedliwy był to okres. Być może moja córeczka zapyta: „Co zrobiłeś, tato, żeby się temu przeciwstawić?”. „Czytałem Tuwima, Oramusa, Zajdla”, odpowiem. „I napisałem to” – zakończę wręczając jej książki „Sprzedaż albo śmierć?! Antyporadnik” oraz „CEO Slayera”.

Dodaj komentarz



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Solaris

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Solaris

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Solaris

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Solaris