Matka

Matka

Przyjechałem na jej wezwanie 4 grudnia. Już wcześniej, w listopadzie, było wiadomo, że zdrowie matki szwankuje. Pojechaliśmy wtedy do lekarki, zrobiliśmy badania. Wyniki są dobre jak na ten wiek, powiedziała lekarka. Matka miała skończone 90 lat.

Na początku grudnia było już gorzej, ale wciąż na tyle dobrze, że snuła plany, jak to lada dzień zajmie się przygotowaniami do Świąt Bożego Narodzenia: sprzątaniem, myciem okien. Szybko się męczyła i coraz częściej wracała do łóżka odpoczywać.

Jakoś zjedliśmy razem zaimprowizowaną Wigilię, ale w pierwszy dzień Świąt musiałem już wezwać lekarza z przychodni całodobowej. Przepisał nowe lekarstwa, które niełatwo było zdobyć w świąteczne dni, dał skierowanie do szpitala. Sądziłem, że wyślę tam matkę po Świętach, chciałem, żeby ten czas jeszcze spędziła w domu. Trzeciego dnia Świąt, tzn. w niedzielę po świętym Szczepanie już nie dało się zwlekać. Około 9 rano zabrali ją na oddział ratunkowy, gdzie zmarła o 13.19.

Myślę o przygodach, jakich zaznaliśmy razem, kiedy byłem dzieckiem. Zapisywanie do podstawówki było w moim przypadku połączone z egzaminem, bo matka postanowiła, że pójdę od 6 lat. Kierowniczka szkoły zadawała mi pytania i kazała pisać trudne zdania. Skończyło się na tym, że chciała mnie skierować od razu do drugiej klasy. Będzie się nudził z pierwszakami, argumentowała. Bez przesady – sprzeciwiła się matka – aż takim geniuszem nie jest.

Już nie zdążę jej zapytać, jak to naprawdę wyglądało.

To jej zawdzięczam zamiłowanie do książek. Kiedyś przy okazji badania w wiejskiej przychodni zauważyłem stos książek na parapecie i sięgnąłem po największą. Zdaje się, że lekarze rozprowadzali wtedy literaturę w ramach walki z analfabetyzmem; księgarni na wsi rzecz jasna nie było. Książka miała piękną okładkę oraz ilustracje i pachniała wspaniale czymś nieuchwytnym.

– Kup mi ją – powiedziałem do matki.

Lekarz tonował moje zapędy. – To droga książka – ostrzegł.

Miał rację, kosztowała całe 50 złotych, sumę znaczną jak na koniec lat 50. ubiegłego wieku.

– Chcę ją mieć – uparłem się jak osioł. I matka wysupłała banknot z nie bardzo zasobnego portfela, a ja wróciłem do domu z książką pod pachą. Było to „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza na prążkowanym papierze, z ilustracjami Srokowskiego. Czytałem je potem wielokrotnie, za każdym razem z wypiekami na twarzy. Mam to wydanie do dziś, a raczej ma moja córka Berenika, chociaż gdzieś w ferworze dziejów zapodziała się obwoluta. Ale ilustracje przetrwały.

Od świętego Mikołaja też dostawałem głównie książki i uznawałem je za najlepszy prezent. Kilka mi zostało do dziś, a kilka ku wielkiemu żalowi utraciłem. Pamiętam straszliwą chwilę, kiedy będąc bodaj w drugiej klasie znieważyłem świętego Mikołaja mówiąc, że mam go gdzieś. Im bliżej było nocy, kiedy roznosił prezenty, tym bardziej robiło się nerwowo. Wreszcie po południu newralgicznego dnia zdecydowałem się napisać list z przeprosinami. Wyjąłem moje najlepsze kredki i pisząc każdą literę innym kolorem uroczyście przeprosiłem świętego za moje zachowanie.

Następnego dnia były prezenty, ale dostałem też odpowiedź u dołu mojego listu. Mikołaj odpisał, żebym się poprawił i był grzecznym dzieckiem.

– Ale to twoje pismo! – wykrzyknąłem rozpoznając pochyłe, zamaszyste litery i węsząc w tym grubszy szwindel.

– Oczywiście. Mikołaj mi dyktował, a ja pisałam – odrzekła niewzruszona matka.

O mojej pisaninie już w dorosłym życiu nie miała najlepszego zdania.

– Ludzie mówią, że ty ciężko piszesz. Że to są ciężkie rzeczy do czytania.

Wzruszałem ramionami. Nie podobało się jej to co piszę. Książki jej zdaniem powinny być „ładne”, a więc pozbawione brzydkich wyrazów, paskudnych ludzi i odrażających scen. Miały opisywać świat nie taki jak jest, ale jaki powinien być. Tu różniliśmy się zdecydowanie.

Porządkując i wyrzucając przed Świętami różne papierzyska natrafiłem na jej zapisek na paragonie sklepowym: „Stworzyłeś Boże taki piękny świat, a ja już stąd odchodzę.” Szukałem go potem wiedząc, że gdzieś go odłożyłem – na pamiątkę, a może żeby zastanowić się nad tą myślą.

Jak dotąd nie znalazłem. Wydrukowałem tę sentencję jako motto na jej nekrologu.

Dodaj komentarz



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Solaris

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Solaris

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Solaris

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Solaris