Przebudzenie Ameryki

Michael D’Antonio:  Wyścig na orbitę

Przebudzenie Ameryki

Książka amerykańskiego dziennikarza, laureata Pulitzera, omawia jeden rok wyścigu kosmicznego pomiędzy USA a ZSRR – 1958. Wcześniej, w październiku 1957, doszło do wystrzelenia przez Sowietów pierwszego sztucznego satelity Ziemi i Ameryka zatrzęsła się jak bokser po nokdaunie. Ale też cios otrzeźwił ją i przestawił na inne tory. 1 lutego 1958 Amerykanie posłali na orbitę swojego pierwszego sputnika, a zakończyli rok wystrzeleniem trzeciego, z użyciem nowatorsko skonstruowanej rakiety Atlas 10-B. (Atlasy latały do lutego 2005 roku, czyli przez 47 lat.) Także w 1958 roku doszło do powołania NASA, rozpoczęto rekrutację kandydatów na astronautów, a szeregowca Farrella posadzono na tydzień w makiecie kapsuły kosmicznej w celu odbycia pozorowanego lotu orbitalnego. Siedział tam, jadł, spał i naciskał guziki; gdy wyszedł, trzeba go było myć wężem strażackim.. D’Antonio opisuje ten przełomowy rok poprzez osoby, które brały udział w wydarzeniach. Nie ogranicza się jednak do prominentnych postaci, jak generał Medaris czy Werner von Braun, ale angażuje świadków „z ulicy”: lokalnego radiowca, sekretarkę, praktykantkę z zespołu badań rakietowych itp. Ukazuje, jak po decyzji o rozwijaniu programu kosmicznego zaczęła się zmieniać Floryda, jak wpompowanie milionów dolarów odmieniło tamtejsze zapyziałe miasteczka i uczyniły z nich ośrodki techniki rakietowej. Wszystko to w kontekście osiągnięć sowieckich – o ile jednak Sowieci ekspediowali w kosmos głównie żelastwo, Amerykanie nawet w nieudanym locie Pioniera III (spadł na Ziemię nie osiągnąwszy orbity) uzyskali dane, które pozwoliły ustalić, że Ziemię otacza nie jeden, a dwa pasy radiacyjne. Autor tej żywej, reportażowej książki sugeruje, że Amerykanom zabrakło nie techniki, ale wyobraźni. W 1958 roku skończył się też w USA powojenny kryzys ekonomiczny; angażowanie w program kosmiczny marynarki, lotnictwa i wojsk lądowych (każde miało swoją...
Największa przygoda fizyków

Manjit Kumar:  Kwantowy świat. Einstein, Bohr i wielki spór o naturę rzeczywistości

Największa przygoda fizyków

Nowa era w fizyce zaczęła się w roku 1900, kiedy Max Planck odkrył kwanty. W czasach, kiedy nie wszyscy wierzyli w istnienie atomów, był to szok; niektórzy mieli nadzieję, że kwanty to chwilowa moda lub wybieg matematyczny, który z czasem zostanie zastąpiony „porządną” teorią. Kwanty jednak ostały się i z czasem doprowadziły do przełomu w klasycznej fizyce, o której wcześniej mawiano, że nie zostało w niej nic do odkrycia. Takie książki jak „Kwantowy świat” można czytać w nieskończoność. Szczegółowa relacja obejmuje nie tylko opisy kolejnych odkryć aż po zasadę nieoznaczoności Heisenberga, a nawet trochę dalej, ale i odkrywców. Czytelnik ma okazję zapoznać się z nietuzinkowymi postaciami, które tworzyły fizykę kwantową w pierwszej połowie XX wieku. Każda z nich dokładała swoją cegiełkę do gmachu nowej teorii, która wyglądała tak dziwacznie, że w pewnym momencie nadeszła pora na refleksję, co to wszystko znaczy. Książka Kumara opowiada też o fundamentalnym sporze pomiędzy Bohrem i Einsteinem o interpretację mechaniki kwantowej, a tym samym o naturę mikroświata, gdzie załamują się prawa klasycznej fizyki. „Nie ma świata kwantowego. Istnieje tylko abstrakcyjny, kwantowomechaniczny opis. (…) Fizyka koncentruje się wokół tego, co możemy o naturze powiedzieć”, perorował Bohr, twórca tzw. interpretacji kopenhaskiej. „To, co nazywamy nauką, ma tylko jeden cel – ustalenie tego co jest”, odpowiadał mu Einstein, wierzący w istnienie niezależnej od obserwatora, przyczynowo-skutkowej rzeczywistości. Spór ten, nierozstrzygnięty ostatecznie do dziś, inspiruje kolejne pokolenia geniuszy fizyki. Wielkim walorem „Kwantowego świata” jest ukazanie, jak pracują fizycy, jak dzięki publikacjom, listom, spotkaniom, dyskusjom, stopniowo rozwiązują coraz to nowsze problemy. Fizyka miała szczęście, że jej największe wyzwanie trafiło na plejadę doskonałych umysłów, owładniętych pasją dochodzenia do prawdy o strukturze...
Globtroter naukowy

Anil Ananthaswamy:  Tajemnice Wszechświata. Podróż do granic fizyki

Globtroter naukowy

Od innych książek z serii „Orbity nauki” ta odróżnia się tym, że autor odbywa peregrynacje po całej kuli ziemskiej, do miejsc, gdzie naukowcy usiłują wydrzeć Wszechświatowi jego tytułowe tajemnice. Cel: obejrzeć i opisać sprzęt, którym się posługują i który jest atrakcją samą w sobie. Tak więc w kopalni Soudan w Minnesocie uczestniczy Ananthaswamy w „kriogenicznym poszukiwaniu ciemnej materii” i jak na Hindusa przystało pije wódkę na środku zamarzniętego Bajkału, gdzie podlodowe aparaty usiłują rejestrować nadlatujące z kosmosu neutrina. Podobny, ale znacznie bardziej zaawansowany teleskop neutrinowy odwiedza na biegunie południowym, na Antarktydzie bierze także udział w puszczaniu balonów stratosferycznych mających wykryć antycząstki. Odwiedza obserwatoria na pustyni Atakama, na Hawajach i w hinduskiej części Wyżyny Tybetańskiej. W Karru, na południe od pustyni Kalahari, wizytuje miejsce, gdzie powstanie największy radioteleskop wszechczasów. W Szwajcarii ogląda Wielki Zderzacz Hadronów, a w Cannes bynajmniej nie filmy, tylko sondę Planck, mającą jeszcze dokładniej pomierzyć kosmiczne promieniowanie tła. Uff! Ten reportaż uczestniczący uzupełniany jest kompetentnie teorią, aby czytelnik rozumiał, czemu służy olbrzymia maszyneria i z jaką precyzją działa. W efekcie uzyskujemy pojęcie, nad czym i jakimi metodami pracują dzisiejsi fizycy i kosmolodzy oraz jakich wyrzeczeń to wymaga. Opisy, jak naukowcy radzą sobie w skrajnie niekorzystnych dla człowieka (i dla badań) warunkach przeplatają się z impresjami na temat surowego krajobrazu i z solidnymi dawkami wyjaśnień naukowych. Daje to rzadko spotykane w literaturze popularyzatorskiej wrażenie autentyczności i druzgocze mit, że nauka to tylko siedzenie w laboratorium albo produkowanie teorii przy biurku. Ananthaswamy zarysowuje także perspektywy: na wyciągnięcie ręki wydaje się odkrywanie fal grawitacyjnych czy wejście nowej generacji teleskopów optycznych, klasy 30 i 40 metrów. Są i anegdoty: fizyk Higgs,...
Kolekcjonerzy pierwiastków

Hugh Aldersey-Williams:  Fascynujące pierwiastki. W krainie fundamentalnych składników rzeczywistości

Kolekcjonerzy pierwiastków

Jak poukładać pierwiastki, by wydobyć ich podobieństwa i pokrewieństwa, pokazał Dymitr Mendelejew tworząc z nich układ okresowy. Hugh Aldersey-Williams czyni to po swojemu, dzieląc je na grupy służące władzy, światłu i ogniowi, rzemiosłu i estetyce. Jego książka to jakby krótkie biografie pierwiastków, opisy ich poszukiwań historycznych i prób otrzymania w stanie czystym, ale też roli w dziejach kultury / cywilizacji oraz przeżyć autora idącego ich śladem. Okazuje się, że dziś zdobycie pierwiastków poza tymi najbardziej pospolitymi wymaga niepospolitych starań. Niektórzy uprawiają turystykę pierwiastkową do miejsc, w których doszło do odkryć dużej liczby pierwiastków. Kolekcjonerstwo pierwiastków, frapujące, choć elitarne hobby, polega na zebraniu jak najwięcej okazów z tablicy Mendelejewa. Oczywiście kompletu liczącego 118 sztuk nikomu zebrać się nie uda – otrzymane sztucznie pierwiastki o wysokich liczbach atomowych są nietrwałe i istnieją ledwie po kilka sekund. Rozpisano już przedłużenie układu okresowego do liczby 168; uczeni nie wykluczają istnienia „wyspy stabilności”, czyli pierwiastków, które uda się zachować. „Fascynujące pierwiastki” roją się od ciekawostek i anegdot, jak ta o  przechowywaniu w zamrażarce dzwonu z rtęci, aby zbadać w zimie, jaki wyda głos (jej temperatura zamarzania to – 38o C), ale wyłączenie prądu zniweczyło ten zamiar. Najsłabszy wydał mi się rozdział o węglu, traktujący o wypalaniu tak potrzebnego do grilla węgla drzewnego. Ani słowa o rezonansie 7,65 MeV w jądrze atomu węgla, dzięki czemu możliwe było powstanie pierwiastków o wyższych od węgla liczbach atomowych. Zabrakło też choćby wzmianki o produkcji pierwiastków we wnętrzach gwiazd. Przy tytanie sporo o biżuterii z tego metalu, ale nic o wykorzystywaniu go w przemyśle kosmicznym jako części rakiet. Podobnie kadm kojarzy się autorowi z barwnikami, ale z prętami kadmowymi...
Ziarna zmian

Mark Stevenson:  Co nas czeka? Krótki przewodnik po przyszłości

Ziarna zmian

Pod szyldem przewidywania przyszłości książka pokazuje technologie i naukowców, którzy mogą wywrzeć znaczny wpływ na kształt cywilizacji jutra. Stevenson, szef firmy konsultingowej, pisarz, myśliciel i komik specjalizujący się w dowcipie naukowym, wybrał jako kluczowe dziedziny przyszłości m.in. genetykę, robotykę, astronautykę i nanotechnologię oraz naukowców jak Chris Church,  Nick Bostrom, Vinton Cerf i Eric Drexler. Wywiady z nimi spisał irytującą manierą „reportażową”; z drugiej strony rzadko mamy okazję poznania tak wybitnych ludzi od strony mniej oficjalnej. Jednym z zagadnień poruszanych przez Stevensona jest transhumanizm – zapowiedź, że będziemy przekraczać własne ograniczenia, i to w skali masowej. Pożyjemy dłużej, a dzięki bionice każdy stanie się jako ten olimpijczyk: będzie lepszy, silniejszy i szybszy. To prowadzi do wizji społeczeństwa dwuczłonowego, skonfliktowanego w kwestii dostępu do tych dobrodziejstw. Z prognozy tej autor wysnuwa wniosek o nieuchronnym powstaniu cywilizacji postludzi, którzy nas zastąpią i albo wymordują, albo łaskawie pozwolą żyć jako reliktom przeszłości Książka ma jednak wydźwięk optymistyczny, nawet wtedy, gdy rozprawia o tak istotnym zagrożeniu jak efekt cieplarniany. Prototypy maszynek wychwytujących węgiel z atmosfery już działają, lepsza organizacja wypasu bydła niweluje skutki suszy w Australii i zubożenie gleby w węgiel, a w wykorzystywaniu energii słonecznej notuje się ciągłe postępy. W takiej sytuacji podwodne obrady rządu Malediwów wypada uznać jedynie za chwyt marketingowy, mający na celu ściągnięcie turystów (Malediwy mają zniknąć pod wodą wskutek przyboru oceanu wywołanego roztopieniem czap biegunowych). Problemy i stanowiące na nie antidotum technologie Stevenson opisuje kompetentnie i zrozumiale, co stanowi bezsprzeczny walor książki. Na plus trzeba mu też zapisać, że jako komik nie nadużywa humoru tam, gdzie byłby on nie na miejscu.   Wiedza i Życie...
Wiek przełomu

Edward Dolnick:  Wielki zegar Wszechświata. Wiek geniuszy i narodziny nowoczesnej nauki

Wiek przełomu

Na okładce Newton jak żywy rozszczepia pryzmatem światło słoneczne, ale w książce jego dokonania z optyki zajmują niewiele miejsca. Dolnick, dziennikarz, pisarz i popularyzator nauki, przedstawia szerzej odkrycie prawa przyciągania ciał oraz rachunku różniczkowego i całkowego. Jednak bohaterem książki nie jest genialny fizyk, a jego epoka, którą autor słusznie uważa za przełomową. To w XVII wieku ukształtowały się podstawy nowoczesnej nauki i przekonanie, że prawa przyrody zapisane są językiem matematyki. Takie książki o historii nauki czyta się z rozkoszą: niby wszystko to wiemy, ale przyjemnie zapoznać się ze szczegółami i atmosferą tamtego czasu. Tę zaś udało się autorowi oddać przekonywająco i sugestywnie. XVII-wieczny Londyn i grasujące po nim kataklizmy w postaci najpierw epidemii dżumy, a potem pożaru, zebrania Royal Society i piękna galeria postaci, które odgrywały kluczową rolę w ówczesnej nauce – to wszystko przydaje książce walorów czytelniczych i dokumentalnych. Świetne są fragmenty o kpinach z owych uczonych – że butelkują powietrze z różnych stron świata i trzymają je zamknięte w piwnicach jak wino, że matematycy jedzą mięso w postaci trójkątów i rombów, a ktoś naśladuje ruchy żaby, nie dla celów praktycznych, tylko dla zgłębienia „spekulatywnego aspektu pływania”. Dobrze oddane zostały konflikty Newtona z Leibnizem o pierwszeństwo odkrycia całek i różniczek, a także z Hooke’m, który uważał się za współodkrywcę prawa grawitacji. Sentencją, że stał na ramionach olbrzymów, Newton nie tylko oddawał chwałę Galileuszowi, Keplerowi i Kartezjuszowi, ale pogrążał Hooke’a, który był garbusem nikczemnej postury. Ocenę książki obniżają mętne wywody, w których raz czy dwa wikła się Dolnick. „Czy stosunek 1,7 cm do 500 cm jest taki sam jak stosunek 1 do 3600, jak przewidział Newton? (…) Te dwa...
Strona 13 z 13« Pierwsza...910111213