Pożegnanie z Ameryką

John Steinbeck:  Podróże z Charleyem

Pożegnanie z Ameryką

Namnożyło się ostatnio tzw. prozy podróżnej, pisanej przez autorów z nazwiskiem i dorobkiem, ale chwilowo ciągnących na jałowym biegu. Podróż wydaje im się lekarstwem na brak konceptu: ot, wsiądzie się do pociągu byle jakiego, który nawinie odpowiednią liczbę kilometrów i przerzuci nas w egzotykę. My ze swej strony nie musimy robić nic, kolejne dni bez naszego starania przyniosą warte opisania sytuacje, tak że książka zrobi się nam sama. My tylko damy wykładnię owej egzotyki, po czym puścimy to na rynek jako samograj – wbrew pozorom w dzisiejszych czasach mało komu chce się jechać gdzieś dalej, w niewygody, my to załatwimy za niego. Takie książki powstają dziś prawie codziennie; nie korzystam z ich towarzystwa. Zamiast tego wolę książkę klasyka i noblisty o podróży odbytej po Ameryce dobre pół wieku temu, bo w roku 1960. Steinbeck miał naonczas 58 lat, przed sobą ledwie osiem lat życia, ale wciąż był pełen wigoru i w dobrej kondycji. Zażywał zasłużonej sławy, Nobla co prawda miał dostać dopiero za dwa lata, ale na poczytność ani braki finansowe się nie uskarżał. (W czasie podróży nikt go nie rozpoznał.) Co ciągnie takiego człowieka w interior? On sam utrzymuje, że „uporczywe pragnienie znalezienia się gdzie indziej”, z którego wiek go nie wyleczył. Potem wyjawia, że chciał sobie odświeżyć Amerykę, z którą miał podróżny kontakt za młodu, a w końcu osiadł w jednym miejscu i Amerykę znał jeno z gazet i z telewizji. „In Search of America”, brzmi podtytuł tej książki, który w polskim wydaniu został opuszczony. Steinbeck startuje z Nowego Jorku i jedzie na Zachód drogą północną, wzdłuż granicy Kanady. W podróż wyposaża się w Rosynanta, półciężarówkę specjalnie...
Od filmu do filmu

Paul Werner:  Polański. Biografia

Od filmu do filmu

Autorem biografii Romana Polańskiego jest Niemiec, a więc poniekąd zrozumiałe, że trzyma się jak najdalej od tych kolei życia reżysera „Chinatown”, które były związane z okupacją hitlerowską. Dzieciństwo bohatera zostało potraktowane lapidarnie, a także „sterylnie”, bez wdawania się w szczegóły. Jest to więc nie tyle biografia życiowa, co artystyczna – gdyby nie filmy, prawie by jej nie było. Ale przyznać trzeba, że to co się w ramach przyjętej metody pojawiło, to sądy wnikliwe. Filmy najpierw są opowiadane (streszczane), potem dopiero omawiane z pozycji krytyka, którym każdy autor takiej biografii być musi. Werner wysoko ocenia pierwsze filmy Polańskiego – „Nóż w wodzie”, „Wstręt”, „Matnia” – kiedy reżyser był w uderzeniu. Potem bywało różnie, oprócz rzeczy znakomitych („Chinatown”) zdarzały mu się wpadki i gnioty („Piraci”). W tym sensie biografia autorstwa Wernera podróżuje od filmu do filmu, a kwestie życiowe w trakcie wydają się nieraz uciążliwym balastem. Bardzo ciekawym elementem książki Wernera są plany Polańskiego, z których nic nie wyszło. Polański bowiem nie planował na lata, systematycznie i z wyrachowaniem, raczej miotał się od projektu do projektu, bywało, że po skończeniu filmu nie miał co robić i rozpaczliwie szukał propozycji. Nie mogąc znaleźć oddawał się reżyserii czy też grze w teatrze. Polański aktor to istotny element tej biografii, aktorstwo miało być jego pierwszym wcieleniem w świecie kina, ale po namyśle doszedł do wniosku, że woli być tym, który rządzi. Ale aktorstwa nigdy się nie wyrzekł, a i dzieci wykierował na aktorów. Biografia potwierdza, że Roman Polański, urodzony w Paryżu jako Raymond Thierry Liebling, jest postacią wybitną. Z polskich filmowców najsławniejszy i chyba lepszy nawet od Wajdy, a w każdym razie bardziej wszechstronny....
Prezenty od Pana Boga

Agnieszka Osiecka:  Na początku był negatyw

Prezenty od Pana Boga

Fotograficzne impresje Agnieszki Osieckiej, reklamuje wydawca kolejną książkę najsłynniejszej polskiej tekściarki. Tym razem jest to swoisty album zdjęć dopełniony komentarzem i podpisami. Tytuł „Na początku był negatyw” oznacza, że zdjęcia pochodzą z okresu, kiedy podstawą fotografowania była błona zakładana do aparatu, i to czarno-biała. O dziwo, te zdjęcia Osieckiej wydały mi się najlepsze. Osiecka fotografowała od małego, miała aparat Zeiss-Ikon z wysuwanym na harmonijce obiektywem. Zajęcia w ciemni były dla niej przeżyciem magicznym: naświetlanie papieru, potem obserwowanie, jak w wywoływaczu wyłaniają się kontury zdjęcia i wreszcie ono samo. Cud! Kto tego nie doświadczył, temu fotografia cyfrowa nie zrekompensuje utraconych przeżyć. Dla pokątnego wielbiciela twórczości Osieckiej zdjęcia jej liczą się o tyle, o ile pokazują historię: twarze ludzi wtedy młodych, dziś zmarłych albo posuniętych w latach. Łapicki, Hłasko, Głowacki, Okudżawa, Seweryn Krajewski, Krystyna Sienkiewicz, Rodowicz, Stanisławski, Przybora, Giedroyc… Na jednym ze zdjęć widzimy przepiękny tyłeczek Eli Czyżewskiej (ach, więcej takich ujęć!), na innym – jej ówczesnego męża Davida Halberstama w wannie. Zdjęcie Osieckiej z Katarzyną Gaertner pokazuje boginie młodości – przepiękne kobiety, które w dodatku produkowały sztukę na wysokim poziomie. Zdjęcia poukładane są tematycznie, tak jak się autorce kojarzyły. Są ludzie, są ulubione miejsca: Hel, Kazimierz, Tykocin, Miami. Jest rodzina: ojciec, matka, ciotki, koleżanki. Czasem oglądacza nachodzi melancholia, np. gdy widzi Mieczysława Wilczka cieszącego się życiem, a wiadomo, że ten były minister i ojciec (chyba) naszych reform dziś już nie żyje z powodu samobójstwa. Wszyscy tu są piękni, młodzi, pełni werwy, zdrowi – raj zatrzymany w kadrze. Osiecka nie dożyła ery masowej fotografii cyfrowej, ale i tak stwierdza, że ludzie fotografują za często, byle jak, za mało uroczyście. Dziś jest...
Raport z domu wariatów

Jan Józef Szczepański:  Dziennik tom III: 1964-1972

Raport z domu wariatów

Dzienniki Jana Józefa Szczepańskiego to chyba najważniejsza i najcenniejsza część jego twórczości. Pokazują nie tylko nędzę bytowania pod gomułkowskim komunizmem, ale przede wszystkim uwikłanie w pełną kłamstwa rzeczywistość, w której artysta próbuje ocalić sumienie i zachować szacunek do siebie. Trzeci tom – 800 stron druku – obejmuje lata od 1964 do 1972, czas ważnych wydarzeń w Polsce i na świecie.

Transatlantycki translator

Stanisław Lem:  Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987

Transatlantycki translator

Listy Lema traktują o sprawach biznesowych, nowych projektach, jakie rozważa bądź pisze, jego poglądach na science fiction i fantastykę w ogóle (…) sprawach osobistych, takich jak planowane wyjazdy do Austrii czy Niemiec, zaszczytach i zaproszeniach, jakie otrzymywał, kontaktach z innymi, polityce, prośbach o książki. W późniejszych latach pisze coraz więcej o każdej nowej książce i innych sprawach biznesowych. Rzeczywiście o wszystkim. Wypowiedź Franza Rottensteinera, długoletniego agenta literackiego Lema, dotyczy wprawdzie listów, jakie sam od niego otrzymywał, ale równie dobrze pasuje do korespondencji Lema z jego najlepszym tłumaczem na angielski, Michaelem Kandelem. Obszerny tom obejmuje bodaj komplet listów, jakie Lem wysłał do Kandela, jest tu więc rzeczywiście o wszystkim. Wymiana listów pomiędzy pisarzem a tłumaczem obejmuje okres od 1972 do 1987 roku, ale właściwie kończy się wcześniej z powodu niesnasek między korespondentami. Ich przyczyną nie była jednak surowa ocena nadesłanej Lemowi do oceny powieści Kandela „A Sleeping Beauty”, jak uważa we wstępie Jerzy Jarzębski, a raczej nieporozumienia natury finansowej. Tłumaczenia książek Lema nie przynosiły w Stanach wielkich pieniędzy z powodu słabej sprzedaży oraz nierzetelności wydawcy, toteż Kandel miał pretensje, że otrzymuje zbyt niskie honoraria. Lem jednak był przeciwnego zdania: w listach z 26 maja i 8 czerwca 1977 porzuca przymilny ton i surowo napomina swego tłumacza, żeby znał miarę. Ton ten znacznie kontrastuje z wydźwiękiem wszystkich poprzednich listów, chociaż więc potem nastąpiło pojednanie i Kandel przetłumaczył jeszcze kilka książek autora „Solaris”, do odbudowania dawnych serdecznych relacji nie doszło. Po roku 1980 korespondencja urwała się na dwa lata, a po jej wznowieniu tłumacz z pisarzem wymienili już tylko nieliczne listy. Jak było naprawdę, trudno rozstrzygnąć, gdyż tom zawiera tylko listy Lema,...
Brzechwa wspaniały, Brzechwa lichy

Mariusz Urbanek:  Brzechwa nie dla dzieci

Brzechwa wspaniały, Brzechwa lichy

W powszechnym mniemaniu Jan Brzechwa kojarzy się z bajkami dla dzieci, i słusznie – jeden Tuwim, z którym często go mylono, potrafił wznieść tego rodzaju twórczość na podobny poziom. Ale mało kto wie, że przez całe swe artystyczne życie Brzechwa żywił kompleks niespełnienia i drugorzędności. Tak naprawdę chciał być lirykiem porównywalnym może nie od razu z Mickiewiczem, ale przynajmniej ze swym kuzynem Leśmianem. Dowiadujemy się tego z biografii Mariusza Urbanka, poświęconej właśnie autorowi „Kaczki dziwaczki”. Brzechwa, mniej od Leśmiana zdolny, jeśli sądzić po wierszach „dla dorosłych”, albo raczej obdarzony innym rodzajem wrażliwości, przez całe życie artystyczne próbował zasłużyć na miano prawdziwego poety. Twórczość dla dzieci wydawała mu się poślednim zajęciem, jeśli nie wręcz marnowaniem talentu poetyckiego. Tak to jest, kiedy ktoś, niezadowolony z tego, co mu Pan Bóg dał, tęskni do tego, co otrzymali inni, bo wydaje mu się wartościowsze. Może zresztą i lepiej, że był to talent mniejszy, bo mniej się zmarnował, gdy go Brzechwa wprzągł w służbę socrealizmu i stalinizmu. Dopiero w takiej biografii, gdzie wszystko jest porządnie zestawione, widać upaskudzenie się Brzechwy w opiewanie Stalina, planu 6-letniego, stonki rozsiewanej u nas przez imperialistów i czego tam jeszcze okoliczności wymagały. Najbardziej wstrząsające dla czytelnika jest bodaj to, że poeta nie grymasił, nie skarżył się, tylko siadał do pisania i pisał jak trzeba. Słynna herbertowska „potęga smaku” nie powstrzymywała tej produkcji – a przecież trudno podejrzewać, żeby jej nie miał, świadczy o tym zbyt wiele czynników. Brzechwa był dowcipny, inteligentny, miewał mordercze bonmoty, jak wtedy, gdy wspominał, że w Polsce satyryków można policzyć na palcach dwóch rąk i jednej nogi. „O tej nodze wspominam ze względu na poziom”,...
Strona 3 z 512345