Dynamit dla ubogich

Stefan Kisielewski:  Felietony pod choinkę

Dynamit dla ubogich

Zbiór obejmuje 32 felietony pisane na przestrzeni 41 lat, a więc od 1946 do 1987 roku. Zawsze na Gwiazdkę, na Wigilię czy na Boże Narodzenie Kisiel starał się dać czytelnikom felieton z tej okazji w świątecznym numerze „Tygodnika Powszechnego”. Łatwo zauważyć, że felietonów w książce jest mniej niż lat, które upłynęły, ale po pierwsze jest to wybór, a po drugie zdarzyły się burzliwe okresy, kiedy pisanie nie bardzo było możliwe, jak np. 1952 – 55, kiedy „Tygodnik” „przejęli wilcy i tam siedzieli”, by użyć słów Stanisława Lema. Inne symptomatyczne przerwy to lata 1968 – 70 oraz 1981 – 83, pokrywające się z okresami zaburzeń politycznych w PRL. Cechą felietonisty Kisiela jest gadulstwo, nie zawsze na temat, ale smaczne. W świątecznych tekstach pełno jest bożonarodzeniowej atmosfery, wigilii, choinki, pasterki, ale to dla pozłoty; większość tych kawałków próbuje jakoś sumować miniony czas albo stara się o refleksje ogólniejsze. Mamy więc np. kawałek o dwoistym przeżywaniu Świąt przez Polaków, z jednej strony patronuje temu Don Kichot, a drugiej zaś – Sancho Pansa. Pierwszy zawiaduje duchową stroną owego przeżywania, drugi – gardłowo-żołądkową, a więc jak najbardziej doczesną. Sam autor jest przykładem takiego podzielenia, z jednej strony udaje się na pasterkę, rozmyśla nad kondycją narodu etc., z drugiej jest nie od tego, żeby łyknąć wódeczności i zaznać bliżej przyjemności stołu. „Kiedyś pewien sławny profesor medycyny zapytał mnie, czemu pijam wódkę.  – Bo życie nudne – odpowiedziałem. – A po wódce ciekawe? – Nie, panie. To po prostu wymagania się zmniejszają!” Przy okazji zastanawiania się, jak minął rok i co się przeżyło, Kisiel odnotowuje mnóstwo tzw. szczegółów z życia. Ci z nas, którzy pamiętają PRL,...
Szybki pożar

Andrzej Czyżewski:  Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski

Szybki pożar

Pierwsze moje zetknięcie z książką Marka Hłaski miało miejsce w latach 70., kiedy kolega z akademika przemycił z Paryża „Pięknych dwudziestoletnich”. Czytała ją elita wtajemniczonych, boć był to owoc zakazany, godzien pożywania w ukryciu. Pamiętam ten obuch bijący po łbie, ten kafar miażdżący wyniesione z liceum przekonanie, iż literatura, pisarz to są zjawiska wzniosłe, wysokie, podziwu godne; że przystoi im powaga i dostojeństwo, nie zaś czcze błaznowanie. Podobnego zdania musiała być Maria Hłasko, matka Marka, która po lekturze „Pięknych dwudziestoletnich” zasypała syna pretensjami, że lży ich świętą przeszłość w stalinizmie. Na matołectwo takiego czytania Hłasko oburzał się malowniczo; dziś, gdy nikt nic nie czyta, musiałby nieco spuścić z tonu. Hłasko po śmierci stał się modny i nawet wypadało trochę pozować na Hłaskę, gdy kto imał się pisania. Ale koniunktura na takie udawanie niedługo potrwała. Dzieła Hłaski sypnęły się tu i tam, po czym przeszło się nad nimi do porządku dziennego, jak nad wszystkim. Pozostały biografie, ukazujące już to burzliwe życie Hłaski w Warszawie końca lat 50., już to kobiety Hłaski, których miała być nieprzebrana chmara, już neurotyczną osobowość tej ostatniej prawdziwej legendy literackiej Polski. „Piękny dwudziestoletni” to wznowienie rozszerzonej biografii z roku 2001, napisanej przez Andrzeja Czyżewskiego, kuzyna Hłaski. Czyżewski znał Marka od tzw. zarania. Należąc do rodziny, gdzie więzi rodzinne były kultywowane, Czyżewski od dzieciństwa miał  z Hłaską kontakt, a odziedziwszy po Marii Hłasko archiwum postanowił je wykorzystać tak, jak na to zasługiwało: pokazując Hłaskę prawdziwego, zwyczajnego, który wstąpił na literacki Parnas i tam został złożony w ofierze niezidentyfikowanemu bogu. Najciekawsze zatem w „Pięknym dwudziestoletnim” jest przekształcanie się zwyczajnego polskiego chłopaka w artystyczną wielkość, w motyla, co żyje...
Polak maniakalny

Joanna Kuciel-Frydryszak:  Słonimski. Heretyk na ambonie

Polak maniakalny

Na zdjęciach z lat 20. ubiegłego wieku Antoni Słonimski ma pucułowatą twarz, wyraźną mimo młodego wieku łysinę i okrągłe bryle. Nigdy się nie uśmiecha. Ale w środku buzuje ambicja, by być duszą towarzystwa, imponować, śmieszyć, dominować. Dopiero z wiekiem te zewnętrzne cechy nabiorą dystynkcji, bo wewnętrzne pozostaną takie jak były. Biografia Słonimskiego „Heretyk na ambonie” ukazuje jednego z najgłośniejszych polskich literatów XX wieku, który w długim życiu zaznał zmiennych kolei losu. Przed wojną należał do piątki skamandrytów, był na ustach wszystkich, świetnie zarabiał jako autor felietonów, sztuk teatralnych i skeczy kabaretowych. W wieku 44 lat doświadczył gwałtownego obrotu koła fortuny – wybuchła II wojna światowa. Ratując skórę jako Żyd dopuszczający się szyderstw z faszyzmu i Führera – znalazł się za granicą. Król życia, któremu świat mógł się wydawać wielką salą zabaw, został zdegradowany do bezpaństwowca, z trudem wiążącego koniec z końcem. Joanna Kuciel-Frydryszak, wrocławska dziennikarka, zrekonstruowała solidnie drogę życiową Słonimskiego. Nie ma w tej biografii udziwnień ani sensacji, pretensji do odkrywania nieznanego oblicza bohatera. Zamierzona jak najskromniej, tym większy odnosi sukces: w zwięzłej, rzeczowej formie przedstawia kolejne epoki w życiu Słonimskiego. Gdyż po emigracji, na której, co tu dużo mówić, męczył się wyraźnie, następuje powrót do Polski. Jest sierpień 1951 roku, pełnia stalinizmu; wracając niemal mija się z opuszczającym kraj Miłoszem. Dwóch wybitnych intelektualistów podjęło w tym samym czasie dwie rozbieżne decyzje. „Miłosz wiedział doskonale, skąd wyjeżdża, Słonimski nie wiedział, dokąd wraca”, konkluduje autorka. Pierwszy trybut wobec komunistów to atak na Miłosza, czego Słonimski będzie się wstydził do końca życia. W ślad za nim idą inne: wiersze okolicznościowe ku czci Bieruta, popieranie socrealizmu, ataki na emigrację. Władza nie pozwala...
Misjonarz starych prawd

Andrzej Horubała:  Żeby Polska była sexy i inne szkice polemiczne

Misjonarz starych prawd

Na Andrzeja Horubałę zwróciłem uwagę przy okazji jego drugiej powieści „Umoczeni”, traktującej o skorodowaniu solidarnościowych bohaterów i wymianie przez nich dawnych ideałów na stanowiska i gotówkę. Także z tego powodu, że główny bohater pochodził z Myślenic i wspominał Zarabie oraz wyciąg na górę Chełm. Ale przede wszystkim dlatego, że w tej nerwowej, pokazującej prawdę o Polsce prozie nie wahał się poruszyć ważkich problemów doby dzisiejszej, przed którymi inni robią uniki albo uciekają chyłkiem. W podobnym tonie utrzymana jest jego publicystyka, która czytana w „Uważam Rze” nie robiła tak dosadnego wrażenia. W kumulacji zyskuje głębszy wydźwięk: widać, z kim i o co walczy autor, jakich środków używa itp. Ogólnie biorąc potyka się z „modernizatorami” naszego kraju i naszych dusz, którzy by chcieli odesłać do lamusa polską zapyziałość i wprowadzić nas do Europy. Drogą do tego wydaje im się likwidacja rodziny, aborcja, parady gejowskie, pozbawiona lekcji historii szkoła, odcięcie się od tradycji, a jeszcze lepiej od wiary chrześcijańskiej, zastąpienie wartości ich imitacjami. „Warczą, warczą bębny ludożerców / Idziemy, misjonarze starych prawd, brzegiem oceanu / Kto z nas pierwszy uzna rytualny rytm za swój / Kto pierwszy uzna władzę oszalałych szamanów”, śpiewał trzydzieści lat temu Jacek Kaczmarski. Jednym z tych misjonarzy starych prawd wydaje mi się dziś Horubała. Jego metoda jest prosta: uważnie czyta, sporo wie i dobrze kojarzy. Na każdy sąd ma uzasadnienie. Ocenia i wartościuje bez taryfy ulgowej, nie kierując się pozycją artysty w rankingu zasłużonych ani jego przeszłymi dokonaniami. Nie zważa na cudze opinie ani na przynależność tych, których bierze na tapetę, do nurtu, z którym sympatyzuje. Zachwyca się ostatnim tomem poezji Jana Polkowskiego i miesza z błotem upozowany...
Porady imntymne

Wisława Szymborska:  Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem

Porady imntymne

Jak to się wszystko zmienia na tym świecie. Pamiętam, jakby to było wczoraj, epokę literatury, literatów, zaczytywania się w książkach, polowania na co lepsze czy głośniejsze tytuły – dziś fiu, przeminęło z wiatrem. Wstęp do grona literatów dawało dzieło, najlepiej wierszowane, które powali na kolana środowisko literackie i objawi nowy wielki talent. Tylu młodych, a i niemłodych ludzi kombinowało w ten sposób, że redakcje pism literackich były zasypywane propozycjami dzieł literackich, a specjalne komisje redakcyjne zajmowały się ich lekturą, oceną i odpowiadaniem autorom. W redakcji świętej pamięci „Życia Literackiego” w skład takiej komisji, której członkowie działali indywidualnie, wchodzili Włodzimierz Maciąg i Wisława Szymborska, drukując co tydzień wyciąg porad, komentarzy, wrażeń powstałych po tej znojnej lekturze. Na ich wynurzenia rzucali się autorzy: ci, którzy coś wysłali, ci co mieli taki zamiar i ci, którym dopiero kiełkował on w głowie. Wyciąg z tej poczty literackiej, zatytułowany prostolinijnie „Poczta literacka”, autorstwa laureatki Nobla, dostał się teraz w ręce czytelników. Wisława Szymborska jest oceniaczką cierpliwą. Kibicuje tym ułomnym przeważnie próbom, pochyla się nad nimi nie szczędząc czasu, trudu, wzroku, starań. Odnosi się do tego śmiecia (nazwijmy rzecz po imieniu) ciepło i życzliwie, jakby ze zrozumieniem dla dziecięcej choroby literackości, która przemija jak grypa i dopiero ci naprawdę ciężko zainfekowani zostają na placu boju (czasem dostają Nobla). Jest fanatyczką poglądu, że do pisania trzeba mieć talent, co nie jest dziś i nie było wtedy opinią bezdyskusyjną. Czasem bywa to rozmowa o nadesłanych tekstach, a czasem o załączonym liście. Szymborska bada treść jednych i drugich z wyrozumiałością, bo rozumie stan duszy, który pcha do ekspresji, nawet w formie ułomnej. W poprzedzającej „Pocztę” rozmowie z Teresą...
Strona 5 z 512345