Od filmu do filmu

Paul Werner:  Polański. Biografia

Od filmu do filmu

Autorem biografii Romana Polańskiego jest Niemiec, a więc poniekąd zrozumiałe, że trzyma się jak najdalej od tych kolei życia reżysera „Chinatown”, które były związane z okupacją hitlerowską. Dzieciństwo bohatera zostało potraktowane lapidarnie, a także „sterylnie”, bez wdawania się w szczegóły. Jest to więc nie tyle biografia życiowa, co artystyczna – gdyby nie filmy, prawie by jej nie było. Ale przyznać trzeba, że to co się w ramach przyjętej metody pojawiło, to sądy wnikliwe. Filmy najpierw są opowiadane (streszczane), potem dopiero omawiane z pozycji krytyka, którym każdy autor takiej biografii być musi. Werner wysoko ocenia pierwsze filmy Polańskiego – „Nóż w wodzie”, „Wstręt”, „Matnia” – kiedy reżyser był w uderzeniu. Potem bywało różnie, oprócz rzeczy znakomitych („Chinatown”) zdarzały mu się wpadki i gnioty („Piraci”). W tym sensie biografia autorstwa Wernera podróżuje od filmu do filmu, a kwestie życiowe w trakcie wydają się nieraz uciążliwym balastem. Bardzo ciekawym elementem książki Wernera są plany Polańskiego, z których nic nie wyszło. Polański bowiem nie planował na lata, systematycznie i z wyrachowaniem, raczej miotał się od projektu do projektu, bywało, że po skończeniu filmu nie miał co robić i rozpaczliwie szukał propozycji. Nie mogąc znaleźć oddawał się reżyserii czy też grze w teatrze. Polański aktor to istotny element tej biografii, aktorstwo miało być jego pierwszym wcieleniem w świecie kina, ale po namyśle doszedł do wniosku, że woli być tym, który rządzi. Ale aktorstwa nigdy się nie wyrzekł, a i dzieci wykierował na aktorów. Biografia potwierdza, że Roman Polański, urodzony w Paryżu jako Raymond Thierry Liebling, jest postacią wybitną. Z polskich filmowców najsławniejszy i chyba lepszy nawet od Wajdy, a w każdym razie bardziej wszechstronny....
Nieizdat Bułyczowa

Kir Bułyczow:  Nieziemsko piękna szafa

Nieizdat Bułyczowa

Kupowałem kiedyś i czytałem pismo „Literatura Radziecka”, ale tylko numery poświęcone fantastyce pisanej po rosyjsku (wyszły bodaj trzy sztuki). Był tam reprezentowany kwiat fantastyki zza wschodniej granicy, zarówno jeśli idzie o autorów, jak teksty – wszystko porządnie przetłumaczone i wydrukowane na kredowym papierze, z jakim gdzie indziej SF nigdy nie obcowała. Dzięki tym podejrzanym dziś koneksjom opowiadanie „Śnieżka” znałem od dawna. Teraz weszło w skład wyboru niepublikowanych po polsku tekstów Bułyczowa, podzielonych na dwa tomy. Pierwszy z nich, zatytułowany „Nieziemsko piękna szafa”, obejmuje 10 opowiadań z lat 1968 – 1994 i stanowi przegląd motywów cenionego i lubianego w Polsce autora. Najstarsze „Awaria na linii” i „Ja pierwszy was odnalazłem” , pochodzące z roku 1968 i 1970, reprezentują klasyczną SF. W pierwszym awaria dotyczy skrzynki przesyłowej artefaktów z przeszłości w przyszłość, w drugim pewna wyprawa międzygwiezdna leci ze ślimaczą prędkością, a u celu dowiaduje się, że inni dotarli tam przed nimi. Gdy oni trwonili czas, na Ziemi opracowano nowe napędy i wyprawy ruszyły w Galaktykę jak burza. Właściwie i najlepszą chyba w zbiorze „Śnieżkę” trzeba by zaliczyć do tego odłamu SF: to opowiadanie o miłości pomiędzy istotami, których podstawą metaboliczną jest woda i amoniak. Z powodu różnicy temperatur, w których egzystują, kontakt fizyczny między nimi jest wykluczony, mogą jedynie dotknąć się przez chwilę, ale i to muśnięcie skutkuje oparzeniem dla jednej i odmrożeniem dla drugiej strony. Ciekawsze są opowiadania późniejsze, de facto opisy życia w Sowietach z ich biedą, szarością i brakiem wszystkiego łącznie z perspektywami. Można się domyślić, że takie tytuły jak „Stareńki Iwanow”, „Dla ciebie, prosty Marsjaninie” czy „Mój pies Połkan” nie ukazały się nawet po rosyjsku ze...
Nieustraszony pogromca prezesów

Marcin Przybyłek:  CEO Slayer

Nieustraszony pogromca prezesów

Warszawa roku 2048 to miasto co się zowie światowe. Ze szczytu najwyższego wieżowca Syrena Tower widoczne są Mariott, Royal Tower, Grand, Riviera Spire, Bohemian Twins, Guardia Peak. Bohater powieści Marcina Przybyłka „CEO Slayer” nie podziwia jednak tego widoku osobiście, lecz za pośrednictwem whirlu, który dzięki rozmieszczonym koncentrycznie wirującym ekranom odtwarza co trzeba. Warszawa przyszłości urządzona jest na wskroś nowocześnie. Nawet bruk zaprzęgnięto tu do roboty: przechodnie depcząc piezoelektryczne płytki wytwarzają jakże potrzebną miastu energię. Główny impet wynalazczości autora idzie jednak w kierunku technik kosmetycznych: każdy po porannym myciu zakłada natychmiast facenet, czyli siatkę nano umożliwiającą kontrolę zdrowotną i sterowanie urządzeniami domowymi, a także mowę subwokalną (bez użycia głosu). Dalej idą soczewki narogówkowe i holomask, czyli maska poprawiająca urodę twarzy. Dla niezadowolonych z brzmienia swego głosu jest voicemorpher, zmieniający każdy pisk w ponętny baryton. Kto chce jeść i nie tyć, stosuje Fatstop. Dla birbantów i ludzi zmuszonych „wyglądać” przeznaczony jest antykacowy i antyzmęczeniowy Younger, zaś niezwykle drogie kremy Ys (od young skin) zapewniają gładką skórę bez zmarszczek nawet u starców. Rzecz jasna wszystkie te urządzenia i specyfiki równie dobrze mogą służyć ukrywaniu tożsamości i myleniu urządzeń śledzących, których jest multum. Dla naszego bohatera nazwiskiem Rodney nomen omen Pollack ma to kluczowe znaczenie. Nie zajmowalibyśmy się jednak powieścią Przybyłka dla tych wszystkich gadżetów, bowiem każdy autor science fiction uznaje za stosowne tworzenie własnej tego rodzaju galerii. W „CEO Slayer” ciekawe jest to, że nasz bohater osobiście wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu, dając fizyczny wycisk największym rekinom finansowym warszawskiego i polskiego biznesu. Dopada ich mimo ochrony, kamer poukrywanych w paznokciu kciuka czy klawiatur telefonicznych, które można wywołać na spodniach, na rękawie i właściwie...
Prezent dla Stalina

Piotr Zychowicz:  Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie

Prezent dla Stalina

Lubię książki Piotra Zychowicza. Nerwowe, zaangażowane, rozliczeniowe – tak powinno się pisać o historii. Zwłaszcza o historii najnowszej naszego kraju, w którym historia ta została po wielokroć zafałszowana, tak że nie wiadomo, kto jest kto i co było co. Zychowicz ma dar oczyszczania złogów historii, przedstawiania rzetelnie faktów i wynikających z nich wniosków. Tak było w „Pakcie Ribbentrop – Beck” i tak jest w „Obłędzie ‘44”, wydanym rok temu, który doczekał się do tej pory ośmiu wznowień. „Obłęd ‘44” jest w pewnym sensie kontynuacją „Paktu”, Zychowicz jakby mówił: skoro Polska nie chciała iść z Niemcami na Sowiety stalinowskie, więc zobaczmy, co z tego wynikło. Nieprawda, że „Obłęd” to książka o gehennie Powstania Warszawskiego; raczej o gehennie narodu polskiego, którego przywódcy wybrali źle, a konsekwencje spadły na ten naród właśnie. Zychowicz wskazuje, że Polska była największym przegranym II wojny światowej, straciliśmy połowę dawnego terytorium i 6 milionów ludzi, straciliśmy niepodległość na długie dekady, ducha polskości, a na ostatku honor, którym tak szermował Beck w słynnym przemówieniu. Konsekwencje przegranej w strasznym rozmiarze wojny odczuwamy do dziś. Tak więc zanim Zychowicz przechodzi do Powstania, najpierw zajmuje się sytuacją Polski po wrześniu ’39. Politykę polską tego okresu widzi jako jedno pasmo błędów. Przede wszystkim nie należało walczyć z Niemcami, póki byli zaangażowani na wschodzie. Armia podziemna powinna zająć się tym, co było istotne z polskiego punktu widzenia: niszczeniem partyzantki sowieckiej i komunistycznej, a także UPA – być może wtedy nie doszłoby do tragedii wołyńskiej. Z Niemcami i Sowietami i tak byśmy nie wygrali. Im bliżej Polski znajdowały się armie sowieckie, tym mniej istotne były zmagania z Niemcami. Dwaj wrogowie zamieniali się w jednego...
Inteligent z wytrychem

Beata i Eugeniusz Dębscy:  Dwudziesta trzecia

Inteligent z wytrychem

Nie znam całej obfitej twórczości Eugeniusza Dębskiego – 30 powieści i 100 opowiadań – ale zdaje mi się, że to pierwszy kryminał w jego wykonaniu, co prawda w koprodukcji z żoną Beatą. Byłem go więc solidnie ciekaw, nie dla zawartych w nim prawd, tylko dla powodów opuszczenia przez autora fantastycznych rewirów – te powody spodziewałem się w toku śledztwa wykryć. Atoli przy lekturze przestało mieć znaczenie, dlaczego Dębski zapragnął wypowiedzieć się w tej formie, z głębokich potrzeb duszy czy dla pieniędzy. Powieść, może dzięki wsparciu żony, wyszła mu zgrabnie, wszelkie rudymenty gatunku są w niej zachowane. Samotny, niezamożny śledczy analizujący na zlecenie świeżą zbrodnię i tropiący zbrodniarza, ciekawa intryga, znajomość potrzebnych do jej opowiedzenia detali. Bardzo podobały mi się scenki „z Polski”, zwłaszcza dialogi w prowincjonalnym Dobromierzu. Do tego trochę celnych obserwacji z tzw. rzeczywistości, poczynionych gdy bohater realizuje swe zadania. To tło, dbałość o jego fakturę, jest cechą najlepszych – czasem zdaje mi się, że ciekawszy bywa w kryminałach obraz prowincjonalnej Ameryki niż to, kto, jak i kogo pozbawił życia. Winkler, samotnik wyrzucony z policji, bo porwał się na szarganie za wysoko postawionych person, robi tu za jedynego sprawiedliwego na oceanie bezprawia i bylejakości moralnej. Potem okazuje się, że nie jest tak źle, ktoś naszemu szeryfowi pomaga. Żyje skromnie, ima się dziwnych zajęć, na przykładzie jego rodziny widzimy, jak zdziadziała inteligencja po tzw. odzyskaniu niepodległości. Braki finansowe są na porządku dziennym, ale za to życie duchowe i maniery – ho, ho! Winkler z równą biegłością posługuje się sztućcami w wytwornej restauracji co wytrychami podczas nocnych eskapad. Tylko czemu babcia z wnuczkiem przeklinają niczym ministrowie Tuska? Dla większej ekspresji?...
Z niczego w nic

Lawrence M. Krauss:  Wszechświat z niczego. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic

Z niczego w nic

Za dwa biliony lat Wszechświat się rozbiegnie, a galaktyki znikną za horyzontem dostępnym obserwacji. Nie będzie możliwe nie tylko zobaczenie ich, ale także odtworzenie procesu, jak do tego doszło. W pewnym sensie nastąpi powrót do czasów, kiedy uważano, że Galaktyka jest jedynym obiektem w kosmosie, składającym się poza tym z pustki. Taką dość odstręczającą wizję dalekiej przyszłości Wszechświata pokazuje Krauss w książce poświęconej innej kwestii: jego narodzinom z niczego. Jest to możliwe, ponieważ to, co się uważa za pustkę, w świetle teorii kwantowej jest nabuzowane energią, cząstki wirtualne bez przerwy powstają i znikają. „Pusta przestrzeń ma dynamikę decydującą o przyszłości kosmosu”, powiada autor. Według Hawkinga i Hartle’a jest możliwe powstanie „z niczego” zawiązków wszechświatów, które natychmiast anihilują, ale niekiedy uruchamia się w nich proces inflacji i dalej sprawy toczą się tak jak w naszym Wszechświecie. Zbędna jest do tego nawet sama przestrzeń, gdyż w wyniku podobnych procesów może dojść samorzutnie do jej wytworzenia. Krauss zauważa, że fizyka dotykając tych kwestii zajmuje się środowiskiem, czyli wieloświatem (multiversum). Powstają w nim nieustannie i giną przyszłe i istniejące wszechświaty, niektórym udaje się przetrwać, a bardzo wyjątkowe z tej ogromnej liczby wchodzą na drogę ewolucji takiej jak nasz Wszechświat. Widać tu ukrytą analogię do teorii ewolucji Darwina oraz inspirację myślą Smolina z książki „Życie Wszechświata”. Książka Kraussa jest w dużej części rekapitulacją osiągnięć kosmologii, służącą do wyprowadzenia tytułowej tezy. Niestety, los powstałego z niczego Wszechświata nie jest pewny: niektórzy strunowcy twierdzą, że „zniknie on tak gwałtownie, jak prawdopodobnie powstał”. Wartość książki osłabiają nieustanne wtręty przeciwko teologii, osobowemu Stwórcy itp. Krauss wielokroć powołuje się na księdza Lemaitre’a, który wykoncypował Big Bang, ale poza tym...
Strona 20 z 37« Pierwsza...10...1819202122...30...Ostatnia »