Rosja wraca do piekła

Jonathan Dimbleby:  Rosja. Podróż do serca kraju i narodu

Rosja wraca do piekła

Ani autor książki „Rosja”, wzięty angielski dziennikarz telewizyjny, ani nie podróżował tylko po Rosji, ani nie dotarł do serca kraju, tylko przejechał ten kraj wzdłuż linii łamanej, robiąc 16 tys. km. Zjeździł w znacznej części tereny zdobyte przez Rosję ma innych, raz nawet był za Amurem, czyli w Chinach. Jego podróż służyła głównie kręceniu filmu TV, książka powstała niejako na marginesie tego głównego zadania, co nie znaczy, że obserwacje są błahe, a wrażenia niewarte czytania. Dimbleby rozpoczął swe wojaże po Rosji od północy: z Karelii jechał w stronę Moskwy, Kaukazu i Wołgi, potem skręcił na Ural i dalej przez góry Ałtaj i jezioro Bajkał do Władywostoku. Gdzie mógł i jak mógł, rozmawiał z ludźmi i treść tych rozmów jest równie ważną częścią książki jak to co widział, bo dotyczy stanu świadomości Rosjan. Z tym jest różnie – jedni wiedzą, jaki proces zachodzi w ich kraju, inni nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć, albo zwyczajnie boją się mówić prawdę, by nie spotkały ich przykrości. Zwłaszcza młodzi Rosjanie dają pokaz pragmatycznego podejścia do rzeczy: wszystko jest w porządku, Putin robi dobrą robotę, Rosja idzie dobrą drogą, wy, Europejczycy, nie rozumiecie przemian w naszym kraju. Sam Dimbleby nazywa kierunek, w którym podąża Rosja, kryptofaszystowskim, i ma powody. Władza trzyma społeczeństwo krótko za uzdę, obszary wolności zostały ogrodzone drutem kolczastym, wszelki opór tłumiony jest w zarodku, a życie dla szarego obywatela po dawnemu jest ciężkie.  Reportaż Dimbleby’ego ukazuje kraj olbrzymich kontrastów. Gdy jedni błyskawicznie dorabiają się fortun, inni mają problem z przeżyciem do jutra. Całe połacie kraju leżą odłogiem, tam gdzie jeszcze niedawno panoszył się niewydajny komunizm, dający jednak ludziom zajęcie i środki...
Największa klęska w dziejach

Piotr Zychowicz:  Pakt Ribbentrop-Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki

Największa klęska w dziejach

Kiedy byłem uczniem podstawówki, a potem w liceum wmawiano nam, że Polska wygrała II wojnę światową, co prawda u boku niezwyciężonej Armii Czerwonej, ale zawsze. Nasza flaga powiewała nad Berlinem obok flagi radzieckiej, podkreślano. Powiewała, to prawda, ale krótko, bo Sowieci zaraz ją zdjęli, niechętni do dzielenia się zwycięstwem z Polaczkami. Z biegiem czasu okazało się – wątpię, żeby ktoś dziś jeszcze wierzył w wersję zwycięskiego dla Polski zakończenia II wojny – że była to jednak klęska o rozmiarach niewyobrażalnych przed 1939 rokiem. Utrata połowy terytorium, wymordowanie przez hitlerowsko-stalinowską koalicję 6 mln polskich obywateli, pięć lat straszliwej okupacji niemieckiej i utrata niepodległości na dalsze pół wieku – oto główne elementy największej klęski w polskich dziejach. Piotr Zychowicz, historyk i publicysta, uczynił ten bilans punktem wyjścia swej książki „Pakt Ribbentrop – Beck”, której teza brzmi: należało sprzymierzyć się z Hitlerem i iść wraz z Wehrmachtem na Moskwę, która dzięki 40, a może 70 polskim dywizjom (zależnie od terminu wybuchu wojny) zostałaby zdobyta, reżim stalinowski musiałby upaść, a my uniknęlibyśmy kataklizmu historycznego. Zychowicz pięknie argumentuje ten pogląd, przytaczając źródła historyczne. Hitler umizgiwał się do Polski i od dojścia do władzy widział w niej sojusznika w przyszłej wojnie przeciwko imperium sowieckiemu. Po zawarciu układu polsko-niemieckiego w 1934 roku między Polską a Niemcami zapanowało odprężenie i jak najlepsze stosunki – dygnitarze obu stron odwiedzali się wzajemnie, Göring polował w Białowieży, pogrzeb marszałka Piłsudskiego uczczono w Berlinie jakby zmarł co najmniej kanclerz Niemiec itp. Polacy grali jednak na zwłokę i na początku 1939 roku dokonali wolty, całkowicie odwracając sojusze. Zamiast iść z Hitlerem zdali się na Francję i Anglię, które nie miały najmniejszego zamiaru...
Czarowanie praktyczne

Janusz Korczak:  Kajtuś Czarodziej

Czarowanie praktyczne

Polski Harry Potter istnieje od 1934 roku i nazywa się Antoś alias Kajtuś Czarodziej. Jego to przygodę z czarami opisał Janusz Korczak w wydanej wtedy powieści dla dzieci. W przeciwieństwie do Pottera Kajtuś uczęszczał jedynie do zwykłej szkoły dla mugolskich dzieci, a do sztuki czarowania doszedł własnym sumptem. Po prostu życzył sobie na przykład, żeby coś się stało albo żeby znalazł na ulicy monetę, a pod poduszką czekoladki. No i stopniowo, od rzemyczka do koniczka, włożył się w sztukę czarowania, tak że prawie wszystko mu wychodziło. Jednakże swej sztuki, jak to dzieciak, jął używać dla rzeczy płochych, ot, spełniania zachcianek albo wprowadzania zaburzeń w życie społeczeństwa Warszawy. I tu Korczak po raz pierwszy przestrzega domorosłych czarodziejów: do czarowania trzeba dorosnąć. Nie można czarów używać do byle czego, należy znać granice własnych możliwości i nie wprowadzać do rzeczywistości takich zakłóceń, które by ją zdemolowały. Kajtuś jest zaawansowanym czarodziejem, boć wytworzenie własnego sobowtóra, który by zań chodził do szkoły i pomieszkiwał przy rodzicach, to nie błahostka. Przemiana samego siebie w muchę, mysz i gołębia, a nawet w drzewo to też nie przelewki, jeśli wierzyć literaturze przedmiotu, czyli fantasy. Czary Maciusia powoduje chyba zewnętrzna siła, która z niewiadomych powodów słucha jego poleceń, ale w końcu miarka się przebrała. Kajtuś zostaje uprowadzony i uwięziony, ma być sądzony bodaj o naruszenie zasad sztuki czarodziejskiej (ale jakie to zasady?), lecz w końcu zamieniają go w psa i wypuszczają na wolność. Przypadkiem odzyskuje ludzką postać i władzę czarodziejską, a sprawa sądu rozchodzi się po kościach. Książka Korczaka pełna jest niekonsekwencji, autor zdaje się pisał ją na żywioł, bez specjalnego planu, jak mu dyktowało serce. Jest rozchybotana,...
Klejnoty i badziewie

Mirek Obarski (red.):  Kroki w nieznane 2012. Almanach fantastyki

Klejnoty i badziewie

Przeczytałem w całości tom z kontynuowanej serii „Kroków w nieznane”, zawierających wybór najlepszych opowiadań, z jakimi selekcjoner zetknął się w ciągu ostatniego roku. Jest to kontynuacja sześcioksięgu, jaki pod tym samym tytułem wydawał w latach 70. ubiegłego wieku Lech Jęczmyk, ale porównywanie tamtych i tych nie ma sensu: inne czasy, inne teksty, inna wrażliwość czytelników. A jednak czuję się w prawie podzielić opowiadania wchodzące w skład niniejszego tomu na świetne i słabe, czyli takie, które bym wielbił i takie, które niczego we mnie nie poruszyły. Bezwzględnie najlepszym opowiadaniem z „Kroków 2012” wydaje mi się „Steam Girl” Dylana Horrocksa – o młodych ludziach, zagubionych w rzeczywistości, którym wydaje się, że nie pasują do tego świata. Tytułowa Steam Girl została zdegradowana z funkcji pięknej księżniczki w innym wymiarze i zesłana na Ziemię, gdzie jest zwykłą, niespecjalnie urodziwą dziewoją. Magiczne gadżety, które przywiozła ze sobą, nie działają, sprawiają wręcz żałosne wrażenie, a opowieści pannicy o świetlanej przeszłości wyglądają na wyssane z palca. Do czasu wszelako. Steam Girl marzy o odzyskaniu swego statusu i dziedzictwa – znienacka otwiera się do tego droga. Zarazem jest to opowiadanie metagatunkowe – o tym, jak nędzna SF jest w stanie odmienić ludzkie życie, nadać mu trochę pozłoty. Czytelnik sam czuje się ową Steam Girl, to on sam tęskni do spraw większych, szuka ucieczki od szarej a skrzeczącej rzeczywistości – i znajduje ją w tych wydumiskach. Teksty, w których udaje się ożenić dobrą historię z jakimś szerszym znaczeniem, zdarzają się w SF rzadko i jako takie zasługują na uwagę. Dobre są ponadto „Żywiciele” Aleksandra Zołotko oraz „Orzeł adacki” Bradleya Dentona. Pierwsze rysuje rzeczywistość po jakimś mało sprecyzowanym kataklizmie,...
Hal Bregg w czasie

Isaac Asimov:  Koniec Wieczności

Hal Bregg w czasie

Ukazało się kolejne wznowienie legendarnej powieści Asimova „Koniec Wieczności” z 1955 roku, w Polsce wydanej po raz pierwszy w 1969 roku. Miałem wtedy 17 lat, z tego co czytałem rozumiałem co drugie słowo i co piąte zdanie, ale nie przeszkadzało mi to entuzjazmować się niezdrowo kosmosem, SF-em i tego typu bredniami. „Koniec Wieczności” uderzył mnie jak obuchem w łeb. Przeczytałem powieść Asimova jednym ciągiem i potem leżałem w nocy zmordowany, oszołomiony, puszczając słabe prądy z mózgownicy, niedowierzając jakby temu, co mi się przydarzyło. Po takich przeżyciach, na które wpływ ma młodzieńcza egzaltacja, powroty po prawie półwieczu bywają niebezpieczne. Powtórna lektura bywa często rozczarowaniem –  widać jak na dłoni, żeśmy zachwycali się byle czym, żeśmy naszym świętym uczuciem obdarzali byle kogo. No i tu z początku zanosiło się na coś podobnego. Potem jakoś przestałem zważać na chropowatość zdań, na stereotypowość postaci – powieść pochłonęła mnie i przez moment było jak dawniej. Ale tym razem rzuciło mi się w oczy, że „Koniec Wieczności” bardzo przypomina „Powrót z gwiazd” Lema. Że początkowy opis Technika Harlana w bębnie czasowym to wypisz-wymaluj astronauta Kelvin w zasobniku skierowanym na Solaris. Dziadyga stwierdził, że Asimova i Lema dzieli o wiele mniej niż to sobie dotąd wyobrażał. Zauważmy zatem, że i „Koniec Wieczności”, i „Powrót z gwiazd” mają ten sam temat: wątpliwości wysokiego funkcjonariusza odnośnie sensu tego, co robił dotychczas. To powieści o utracie wiary. Technik Harlan nie wierzy w konieczność istnienia, a nawet utrzymywania Wieczności, pilot Bregg wątpi w celowość podróży kosmicznych. Obaj dziedzinom swych wątpliwości poświęcili najlepsze lata – i nagle ogarnął ich zamęt. Obaj są ludźmi czynu, więc na utracie wiary nie poprzestaną, tylko...
Gorliwi kaci Stalina

Nikita Pietrow:  Psy Stalina

Gorliwi kaci Stalina

Nikita Pietrow jest rosyjskim historykiem i obrońcą praw człowieka, wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia „Memoriał”. Polacy mają wiele do zawdzięczenia jego uczciwości i pasji do odkrywania prawdy o zbrodniach stalinowskich, poszukiwaniom w archiwach KGB i KPZS i pracom naukowym. Wielu historykom z Rosji realizującym rządową politykę kształtowania historii należałoby Pietrowa stawiać za wzór. Książka „Psy Stalina” nie traktuje, jak można by mniemać, o upodobaniach kynologicznych sowieckiego satrapy, lecz o katach, którzy na jego zlecenie mordowali i torturowali w celu wydobycia zeznań. Pietrow idzie od samej góry, od Jagody, Jeżowa i Berii przez ich zastępców i co bardziej prominentnych śledczych NKWD aż po słynnego Błochina i siedmiu zakapiorów tworzących jego komando. To właśnie oni rozstrzeliwali jeńców polskich z Katynia: pierwszego dnia 343 osoby, ale potem szef zażądał, by dostarczać nie więcej niż 250 osób dziennie. Przy bezpośrednim udziale Błochina rozstrzelano wtedy 6311 jeńców. Pietrow oblicza Błochina na jakieś 10 tysięcy osobiście rozstrzelanych – małe miasteczko wyprawionych do nieba. Do tej krwawej roboty Błochin stawał odpowiednio odziany: zakładał czapkę, fartuch i rękawice do łokci, wszystko skórzane i w kolorze brązowym, żeby nie było widać plam krwi. Po robocie oprawcy myli się do pasa wodą kolońską, żeby usunąć woń krwi i prochu. Po całym dniu pili na umór. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie i szybko umierali albo dostawali pomieszania zmysłów. Bywało, że rozstrzeliwali swoich kolegów z branży; np. Błochin osobiście rozstrzelał Jeżowa. Jeśli chodzi o tortury, to należało do nich przede wszystkim bicie. Wielu przesłuchiwanych w ten sposób zostało zatłuczonych na śmierć. W dobrym tonie było bić i maltretować osobiście, np. przy okazji nadzorowania śledztwa, aby dać odczuć szeregowym enkawudzistom, że „szarża” nie brzydzi się ich...
Strona 30 z 37« Pierwsza...1020...2829303132...Ostatnia »