Dręczące pytania

Petra Maria Schmidt, Christian Dreller:  Skąd się biorą dziury w serze. Historyjki dla ciekawskich dzieci

Dręczące pytania

„Na ulicy Trybunalskiej / Mieszka sobie Staś Pytalski / Co gdy tylko się obudzi / Pytaniami dręczy ludzi.” Dalej w wierszu Brzechwy następuje wykaz owych pytań, nad którymi i dorosłemu warto się zastanowić („W którym miejscu zaczyna się kula?” „O czym myślałby stół, gdyby myślał?”). Młodzi ludzie, kiedy tylko staną na nogi i wyuczą się jako tako języka, zaraz używają tych umiejętności na pognębienie rodziców. Nieraz zdarzyło mi się stanąć z otwartą gębą, tak byłem zastrzelony pytaniem albo postawieniem sprawy przez latorośl. Dobrze, że w sukurs oszołomionym rodzicom idą zawodowi autorzy i podtykają odpowiedzi na dziecinne pytania. Tak zatem z książki „Skąd się biorą dziury w serze” dowiadujemy się nie tylko o tytułowej kwestii, ale i dlaczego banany są krzywe (chyba wygięte?), które zwierzę jest najpotężniejsze, dlaczego gwiazdy świecą, skąd się bierze wiatr i gdzie chowa się Słońce w nocy. Książka ma dwoje autorów, którzy podzielili się robotą. Wyżej przytoczone pytania rozpatrywała kobieta, te poniższe – mężczyzna. Dlaczego dzięcioła nie boli głowa od walenia dziobem w drzewo, skąd się bierze prąd, dlaczego jesienią drzewa tracą listowie, dlaczego samolot lata itp. Widać, że sporo z tych pytań dotyczy zagadnień fizyki, np. obawiam się, że i dorośli nie wiedzą, czemu niebo jest niebieskie. Taka książka jest niełatwa do napisania, bo musi zadowolić i dziecko, i zarazem dorosłego, który ją z nim czyta. Proste, realistyczne malunki bez udziwnień i schematy (tak, tak) pomagają w lepszym wytłumaczeniu danej kwestii. Moja 8-letnia Berenika po przeczytaniu całości oceniła, że to książka fajna i ciekawa, ale zwróciła uwagę na kwestię barw podstawowych. W książce stoi, że są nimi czerwień, zieleń i błękit; z fizyki wiadomo natomiast,...
Czas wyszedł z formy

Philip K. Dick:  Czas poza czasem

Czas wyszedł z formy

Do jakich to niespodzianek dochodzi w życiu. Byłem przekonany, że to, co z twórczości Dicka ukazało się po polsku, nie ma dla mnie tajemnic, gdyż wszystko przeczytałem od deski do deski. Co najwyżej dają się we znaki kłopoty z pamięcią. „Czas poza czasem” migiem pozbawił mnie tego luksusowego przekonania. Mniemałem, że w tej powieści czas wywija groźne hopsztosy, zgodnie z tytułem angielskim wziętym z szekspirowskiego „Hamleta”; wziąłem więc do ręki wydany okazale tom, żeby się przekonać, jakie. Czytam i czytam – a tu wspomnienia się nie budzą, a tu przypomnienie nie następuje. I tak w miłym zdziwieniu doczytało mi się do końca. Pierwsze, co robię w takich przypadkach, to idę do półki z biografią Sutina, gdzie pomieszczono wykaz tytułów Dicka z ocenami i omówieniami. „Czas poza czasem” dostał tam 7 punktów na 10, a więc nadspodziewanie wysoko. Po mojemu za wysoko. Cóż zatem w tym „Czasie poza czasem” tak poważnie szwankuje? Dick wypuścił go w okresie, kiedy brał dwa niepowiązane ze sobą opowiadania, łączył je, zasmarowywał szwy dziegciem i w formie krótkiej powieści pchał na rynek. Nawet traktował to jako swego rodzaju wyzwanie intelektualne. Pewna liczba jego powieści powstała właśnie w ten sposób i „Czas poza czasem” do nich należy. Nie wszystko się tu ze sobą zazębia, rozpoczęte w jednym miejscu wątki pozostają osierocone, jakby autor o nich zapomniał. Bardzo Dickowskie przełamania rzeczywistości, kiedy bohater traci orientację, co się dzieje i znajduje tylko karteczkę z wypisanym na niej rzeczownikiem, ani nie mają dalszych konsekwencji, ani wyjaśnienia. Oczywista takich wrażeń ma prawo doznawać ktoś, komu odrobinę przeprano mózgownicę, ale kto, u diabła, prokuruje te karteczki i po co? Co się...
Łagry, wojna, życie

Aleksander Sołżenicyn:  Morelowe konfitury

Łagry, wojna, życie

Wyobrażam sobie, że przyznanie pisarzowi Nagrody Nobla straszliwie demoluje jego dalszą twórczość. Milion dolarów do ręki, tłumaczenia po całym świecie, poczucie, że osiągnęło się w pisarskim fachu wszystko, uznanie szerokich rzesz – to wszystko musi człowieka szalenie rozpraszać i demobilizować. Znużony przyjmowaniem oznak hołdu autor rozleniwia się, pisać mu się nie chce, bo i po co, a niebagatelnym obciążeniem jest też fakt, że nie może sobie pozwolić na poluzowanie rygorów artystycznych i wypuszczanie słabizny. Trzeba doprawdy sporego hartu ducha, żeby się z tego zaczadzenia otrząsnąć, splunąć, powiedzieć: wszystko marność, po czym usiąść do przędzalni liter jak za młodych lat, kiedy o sławie światowej tylko się marzyło. Aleksander Sołżenicyn otrzymał Nobla w 1970 roku, a więc z brzemieniem tej nagrody żył 38 lat. Od 1974 roku wygnany z kraju, powrócił do Rosji po 20 latach, bo stan Rosji go martwił i zdawało mu się, że lepiej gdy na miejscu osobiście przypilnuje spraw. Na ziemi amerykańskiej, gdzie jako emigrant osiadł, pisać opowiadań mu się nie chciało, ale po powrocie worek się rozwiązał. Mamy więc opowiadania z lat 1993 – 98, zebrane w tomie „Morelowe konfitury” i stanowiące część tomu „Przełomy. Opowiadania zebrane”, wydanego u nas w 2001 roku. Dziwny tytuł tego wyboru pochodzi stąd, że opowiadania te ponazywane są mało atrakcyjnie („Ego”, Na krańcach”, „Narybek”, „Nastieńka”, „Morelowe konfitury”, „Tak czy siak”, „Przełomy”, „Żelabuskie Wysiełki” i „Adlig Schwekitten”; w dodatku „Przełomy wykorzystano w poprzednim tomie). Kto go zna, może do woli porównywać, jak się zmieniły zainteresowania i forma literacka noblisty. Ale porównywać nie ma czego, bo Sołżenicyn wiecznie pisze o tym samym. Wciąż interesuje go Rosja, życie w Rosji, katusze Bogu ducha...
Klub kawalerów i wojna

Stefan Kisielewski:  Sprzysiężenie

Klub kawalerów i wojna

W komedii Michała Bałuckiego „Klub kawalerów” kilku panów zaklina się, że nie będą się zadawali z płcią przeciwną. Takoż i w debiutanckiej oraz uznanej za skandalizującą, szkodliwą, pornograficzną etc. powieści Stefana Kisielewskiego „Sprzysiężenie”. Trzech młodych, dobrze odżywionych, zdrowych na ciele i umyśle jegomościów umawia się, że natura nie będzie im regulować popędu, tylko wzniosą się wyżej, ku Parnasowi i obłokom, na same wyżyny ducha. Dziś byśmy powiedzieli: głupie, nie? – ale wtedy, w epoce innego wychowania, innego podejścia do spraw damsko-męskich przekroczenie przez młodzieńca (i pewnie przez pannę) Rubikonu erotycznego to było zagadnienie. Nie zadawać się z płcią przeciwną – ale właściwie czemu? Może ze strachu przed żywiołem kobiecości, który próbuje usidlić oraz ujarzmić mężczyznę, czym prędzej obsadzić go w roli ojca dzieci i dostarczyciela finansów – a tu chciałoby się jeszcze podokazywać bez gorsetu przedwczesnych obowiązków. Odrzucenie kobiet ma złe skutki; może skutkować stoczeniem się w pederastię, jak to się zdarza jednemu z bohaterów „Sprzysiężenia”, a może też uczynić życie pustym i poplątanym, w którym rozeznać się trudno. Myślę, że na tę dziwną powieść wpłynęły okoliczności jej powstania. Autor pisał w dużej mierze o sobie, relacjonował własne doświadczenia erotyczne (mocno spóźnione – sugerowali koledzy) i alkoholiczne (przedwczesne i zaawansowane). Pisał tę powieść w ciemną noc okupacji, gdy wszystko wydawało się stracone, na ulicach Warszawy szalał terror, rozbrzmiewały strzały, walili się na ziemię rozstrzelani ludzie – a Kisielewski pisał, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie. Bo i była – dla niego, a i poniekąd dla nas. Nie czytając wcześniej „Sprzysiężenia”, nie wiedząc o odsądzaniu Kisiela od czci i wiary – widzę anachroniczność tej prozy, pełnej opisów i analiz,...
Zwierzyniec osobisty

Lauren Beukes:  ZOO City

Zwierzyniec osobisty

Jeszcze paręnaście lat temu na wzmiankę o fantastyce z Południowej Afryki pukalibyśmy się w czoło. Jednakże od czasu filmu „Dystrykt 9” o lekceważeniu tamtejszych twórców nie może być mowy. Potwierdzeniem ich rangi i rangi tego, co produkują, jest powieść Lauren Beukes „ZOO City”, przejawiająca podobną cechę co „Dystrykt 9” – oryginalny pomysł został ciasno wpleciony w intrygę i rozegrany w miejscowych realiach. Autorka nie tylko mieszka na tym krańcu Afryki, ale i osadza tam akcję swego utworu. No i oczywiście ma ta fantastyka wyraźne egzotyczne piętno. Daremnie oczekiwalibyśmy cudów technologicznych, którymi w bliskiej przyszłości zostanie zalany świat. Beukes sięga po inne składniki: Johannesburg plus śledztwo kryminalne plus biologia (a właściwie zoologia) plus etyka. Jest to więc mieszanina urban SF z Chandlerem i pomysłami sugerującymi bliski związek między człowiekiem a zwierzęciem, ale nie w budowie anatomicznej czy ewolucji, lecz w sferze etycznej. Wiem, jak to brzmi, ale u Beukes tak jest: kto się dopuścił ciężkich przewin, otrzymuje zwierzę, z którym chcąc zachować życie nie może się rozłączyć. Przydział tego żywego brzemienia jest najbardziej tajemniczą sprawą – po prostu się pojawia i już. Jakaś niezidentyfikowana siła pilnuje porządku, nikt się nie wywinie. Bagaż grzechów przyjmuje zatem postać materialną: bohaterka dźwiga więc wszędzie ze sobą leniwca. Inni obarczeni są czasem wróblem, a czasem niedźwiedziem bądź aligatorem. Ponieważ życie przestępcze kwitnie, przeto i zwierzostan osobisty staje się normalnym elementem krajobrazu. Jak zwykle w takich powieściach nie jest istotne, kto i jakie popełnił zbrodnie, ale to, co autor pokaże i ugra po drodze. Głównym zyskiem jest właśnie wizja przyszłości dość odległa od europejskich standardów SF, pełno tu przemocy, nędzy i wyzysku, gęsto od charakterystycznych...
Lekcja polityki realnej

George Friedman:  Następna dekada. Gdzie byliśmy i dokąd zmierzamy

Lekcja polityki realnej

W swej nowej książce George Friedman stwierdza, że łatwiej prognozować na sto lat do przodu niż na dekadę – ale też „Następna dekada” jest bardziej analizą polityczną niż futurologiczną. Wszystko tu przedstawiono z punktu widzenia amerykańskich interesów. W rezultacie otrzymujemy świat podzielony na sektory – oraz zalecenia, jak Ameryka powinna się ustawić wobec problemów związanych z Chinami, Rosją, Brazylią, Iranem czy Meksykiem. Dla nas istotne jest, jak USA zdaniem Friedmana będą traktować Polskę. W „Następnych 100 latach” tegoż autora kraj nasz awansował do rangi mocarstwa razem m.in. z Turcją. O ile Turcja znajduje się na najlepszej ku temu drodze, Polska w niczym nie potwierdza mocarstwowych aspiracji. Trudno uznać za przesłankę do tego, że mamy tkwić jako „kość niezgody” w gardle zarówno Rosji, jak i Niemiec. Sojusz między tymi krajami jest nie na rękę Ameryce, co nadaje Polsce kluczowe znaczenie w tym obszarze. Ale nasza rola sprowadza się tylko do tego, byśmy byli „silnym klinem” wbitym między Niemcy a Rosję, „graniczną warownią” w kontaktach z imperium rosyjskim itp. Friedman radzi, że USA powinny uczyć się od Wielkiej Brytanii cynicznego sposobu prowadzenia wojen. Jako przykład wskazuje „skierowanie agresji potencjalnego wroga na jego sąsiadów” – czyli, mówiąc wprost, zdrada Polski w 1939 roku była rzeczą dobrą i korzystną. Ameryka powinna trzymać z Polską, póki to się opłaca; później zostaniemy pozostawieni sami sobie jak obecnie Gruzja czy – w przypadku zagrożenia – państwa bałtyckie. Unia Europejska zdaniem Friedmana przetrwa, choć ze strefy euro wypadną niektóre państwa. Rosja ma tracić na znaczeniu jako państwo słabe. Warto przeczytać „Następną dekadę”, nie ze względu na zawarty w niej ładunek futurologii, ale jako sole trzeźwiące naiwnych, że...