Czarowanie praktyczne

Janusz Korczak:  Kajtuś Czarodziej

Czarowanie praktyczne

Polski Harry Potter istnieje od 1934 roku i nazywa się Antoś alias Kajtuś Czarodziej. Jego to przygodę z czarami opisał Janusz Korczak w wydanej wtedy powieści dla dzieci. W przeciwieństwie do Pottera Kajtuś uczęszczał jedynie do zwykłej szkoły dla mugolskich dzieci, a do sztuki czarowania doszedł własnym sumptem. Po prostu życzył sobie na przykład, żeby coś się stało albo żeby znalazł na ulicy monetę, a pod poduszką czekoladki. No i stopniowo, od rzemyczka do koniczka, włożył się w sztukę czarowania, tak że prawie wszystko mu wychodziło. Jednakże swej sztuki, jak to dzieciak, jął używać dla rzeczy płochych, ot, spełniania zachcianek albo wprowadzania zaburzeń w życie społeczeństwa Warszawy. I tu Korczak po raz pierwszy przestrzega domorosłych czarodziejów: do czarowania trzeba dorosnąć. Nie można czarów używać do byle czego, należy znać granice własnych możliwości i nie wprowadzać do rzeczywistości takich zakłóceń, które by ją zdemolowały. Kajtuś jest zaawansowanym czarodziejem, boć wytworzenie własnego sobowtóra, który by zań chodził do szkoły i pomieszkiwał przy rodzicach, to nie błahostka. Przemiana samego siebie w muchę, mysz i gołębia, a nawet w drzewo to też nie przelewki, jeśli wierzyć literaturze przedmiotu, czyli fantasy. Czary Maciusia powoduje chyba zewnętrzna siła, która z niewiadomych powodów słucha jego poleceń, ale w końcu miarka się przebrała. Kajtuś zostaje uprowadzony i uwięziony, ma być sądzony bodaj o naruszenie zasad sztuki czarodziejskiej (ale jakie to zasady?), lecz w końcu zamieniają go w psa i wypuszczają na wolność. Przypadkiem odzyskuje ludzką postać i władzę czarodziejską, a sprawa sądu rozchodzi się po kościach. Książka Korczaka pełna jest niekonsekwencji, autor zdaje się pisał ją na żywioł, bez specjalnego planu, jak mu dyktowało serce. Jest rozchybotana,...
Klejnoty i badziewie

Mirek Obarski (red.):  Kroki w nieznane 2012. Almanach fantastyki

Klejnoty i badziewie

Przeczytałem w całości tom z kontynuowanej serii „Kroków w nieznane”, zawierających wybór najlepszych opowiadań, z jakimi selekcjoner zetknął się w ciągu ostatniego roku. Jest to kontynuacja sześcioksięgu, jaki pod tym samym tytułem wydawał w latach 70. ubiegłego wieku Lech Jęczmyk, ale porównywanie tamtych i tych nie ma sensu: inne czasy, inne teksty, inna wrażliwość czytelników. A jednak czuję się w prawie podzielić opowiadania wchodzące w skład niniejszego tomu na świetne i słabe, czyli takie, które bym wielbił i takie, które niczego we mnie nie poruszyły. Bezwzględnie najlepszym opowiadaniem z „Kroków 2012” wydaje mi się „Steam Girl” Dylana Horrocksa – o młodych ludziach, zagubionych w rzeczywistości, którym wydaje się, że nie pasują do tego świata. Tytułowa Steam Girl została zdegradowana z funkcji pięknej księżniczki w innym wymiarze i zesłana na Ziemię, gdzie jest zwykłą, niespecjalnie urodziwą dziewoją. Magiczne gadżety, które przywiozła ze sobą, nie działają, sprawiają wręcz żałosne wrażenie, a opowieści pannicy o świetlanej przeszłości wyglądają na wyssane z palca. Do czasu wszelako. Steam Girl marzy o odzyskaniu swego statusu i dziedzictwa – znienacka otwiera się do tego droga. Zarazem jest to opowiadanie metagatunkowe – o tym, jak nędzna SF jest w stanie odmienić ludzkie życie, nadać mu trochę pozłoty. Czytelnik sam czuje się ową Steam Girl, to on sam tęskni do spraw większych, szuka ucieczki od szarej a skrzeczącej rzeczywistości – i znajduje ją w tych wydumiskach. Teksty, w których udaje się ożenić dobrą historię z jakimś szerszym znaczeniem, zdarzają się w SF rzadko i jako takie zasługują na uwagę. Dobre są ponadto „Żywiciele” Aleksandra Zołotko oraz „Orzeł adacki” Bradleya Dentona. Pierwsze rysuje rzeczywistość po jakimś mało sprecyzowanym kataklizmie,...
Hal Bregg w czasie

Isaac Asimov:  Koniec Wieczności

Hal Bregg w czasie

Ukazało się kolejne wznowienie legendarnej powieści Asimova „Koniec Wieczności” z 1955 roku, w Polsce wydanej po raz pierwszy w 1969 roku. Miałem wtedy 17 lat, z tego co czytałem rozumiałem co drugie słowo i co piąte zdanie, ale nie przeszkadzało mi to entuzjazmować się niezdrowo kosmosem, SF-em i tego typu bredniami. „Koniec Wieczności” uderzył mnie jak obuchem w łeb. Przeczytałem powieść Asimova jednym ciągiem i potem leżałem w nocy zmordowany, oszołomiony, puszczając słabe prądy z mózgownicy, niedowierzając jakby temu, co mi się przydarzyło. Po takich przeżyciach, na które wpływ ma młodzieńcza egzaltacja, powroty po prawie półwieczu bywają niebezpieczne. Powtórna lektura bywa często rozczarowaniem –  widać jak na dłoni, żeśmy zachwycali się byle czym, żeśmy naszym świętym uczuciem obdarzali byle kogo. No i tu z początku zanosiło się na coś podobnego. Potem jakoś przestałem zważać na chropowatość zdań, na stereotypowość postaci – powieść pochłonęła mnie i przez moment było jak dawniej. Ale tym razem rzuciło mi się w oczy, że „Koniec Wieczności” bardzo przypomina „Powrót z gwiazd” Lema. Że początkowy opis Technika Harlana w bębnie czasowym to wypisz-wymaluj astronauta Kelvin w zasobniku skierowanym na Solaris. Dziadyga stwierdził, że Asimova i Lema dzieli o wiele mniej niż to sobie dotąd wyobrażał. Zauważmy zatem, że i „Koniec Wieczności”, i „Powrót z gwiazd” mają ten sam temat: wątpliwości wysokiego funkcjonariusza odnośnie sensu tego, co robił dotychczas. To powieści o utracie wiary. Technik Harlan nie wierzy w konieczność istnienia, a nawet utrzymywania Wieczności, pilot Bregg wątpi w celowość podróży kosmicznych. Obaj dziedzinom swych wątpliwości poświęcili najlepsze lata – i nagle ogarnął ich zamęt. Obaj są ludźmi czynu, więc na utracie wiary nie poprzestaną, tylko...
Gorliwi kaci Stalina

Nikita Pietrow:  Psy Stalina

Gorliwi kaci Stalina

Nikita Pietrow jest rosyjskim historykiem i obrońcą praw człowieka, wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia „Memoriał”. Polacy mają wiele do zawdzięczenia jego uczciwości i pasji do odkrywania prawdy o zbrodniach stalinowskich, poszukiwaniom w archiwach KGB i KPZS i pracom naukowym. Wielu historykom z Rosji realizującym rządową politykę kształtowania historii należałoby Pietrowa stawiać za wzór. Książka „Psy Stalina” nie traktuje, jak można by mniemać, o upodobaniach kynologicznych sowieckiego satrapy, lecz o katach, którzy na jego zlecenie mordowali i torturowali w celu wydobycia zeznań. Pietrow idzie od samej góry, od Jagody, Jeżowa i Berii przez ich zastępców i co bardziej prominentnych śledczych NKWD aż po słynnego Błochina i siedmiu zakapiorów tworzących jego komando. To właśnie oni rozstrzeliwali jeńców polskich z Katynia: pierwszego dnia 343 osoby, ale potem szef zażądał, by dostarczać nie więcej niż 250 osób dziennie. Przy bezpośrednim udziale Błochina rozstrzelano wtedy 6311 jeńców. Pietrow oblicza Błochina na jakieś 10 tysięcy osobiście rozstrzelanych – małe miasteczko wyprawionych do nieba. Do tej krwawej roboty Błochin stawał odpowiednio odziany: zakładał czapkę, fartuch i rękawice do łokci, wszystko skórzane i w kolorze brązowym, żeby nie było widać plam krwi. Po robocie oprawcy myli się do pasa wodą kolońską, żeby usunąć woń krwi i prochu. Po całym dniu pili na umór. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie i szybko umierali albo dostawali pomieszania zmysłów. Bywało, że rozstrzeliwali swoich kolegów z branży; np. Błochin osobiście rozstrzelał Jeżowa. Jeśli chodzi o tortury, to należało do nich przede wszystkim bicie. Wielu przesłuchiwanych w ten sposób zostało zatłuczonych na śmierć. W dobrym tonie było bić i maltretować osobiście, np. przy okazji nadzorowania śledztwa, aby dać odczuć szeregowym enkawudzistom, że „szarża” nie brzydzi się ich...
Naznaczony Lwowem

Witold Szolginia:  Tamten Lwów, tom 3. Świątynie, gmachy, pomniki

Naznaczony Lwowem

Ze znanych mi lwowiaków Stanisław Lem i Zbigniew Herbert uznali, że nie ma co wracać do ukochanego miasta i jątrzyć pamięci – po II wojnie nie byli tam ani razu. Witold Szolginia przyjął odmienną metodę postępowania – odwiedzał Lwów wielokrotnie (pierwszy raz od ekspatriacji dopiero po 22 latach w 1968 roku), ale nie tylko dla płochego kojenia tęsknoty, lecz także po to, aby pilnować, dokumentować, sprawdzać, jak się ma Lwów pod obcym zarządzaniem i co się dzieje z polskim dziedzictwem. Tęsknotę i poczucie rozgoryczenia wobec wyroku historii Witold Szolginia przekuł w rzecz materialną: serię książek o Lwowie, z których najważniejszy wydaje się ośmioksiąg „Tamten Lwów”, obecnie wznawiany w tempie jednej książki co rok. Niedawno ukazał się tom trzeci z podtytułem „Świątynie, gmachy, pomniki” (poprzednie nosiły podtytuły „Oblicze miasta” oraz „Ulice i place”). Książki te powstały na podstawie nadawanych w latach 1989–1996 audycji „Krajobrazy serdeczne”, emitowanych przez program III Polskiego Radia. Sam pamiętam głos autora z charakterystycznym lwowskim zaśpiewem; przez długi czas od tych pogadanek zaczynały się moje niedziele, pomimo że z Lwowem nie miałem nigdy nic wspólnego, a nawet – o wstydzie! – nie udało mi się tam pojechać. W tych audycjach Witold Szolginia wędrował wraz ze słuchaczami po przedwojennym Lwowie, opowiadając o swych przeżyciach związanych z miastem. Zapewne działała idealizująca moc pamięci, ale i tak Lwów opiewany najpierw w audycjach, potem w książkach sprawia wrażenie cudownego miasta, w którym szczęściem jest się urodzić i szczęściem żyć – rzecz jasna do czasu, kiedy zalała je zaraza bolszewicka. W tomie 3 zgodnie z zapowiedzią autor przypomina wybrane kościoły Lwowa, zaczynając od katedr trzech obrządków katolickich: łacińskiej, unickiej i ormiańskiej, przez...
Błyskot imperialny

Douglas Hulick:  Honor złodzieja. Opowieść o Kamratach

Błyskot imperialny

Sukces powieści fantasy zależy w dużej mierze od wykreowanej scenerii. Współcześni autorzy tego podgatunku fantastyki uwierzyli, że zależy w stopniu decydującym. Istotnie, przy fabule polegającej na bieganiu, machaniu mieczem i ciskaniu czarów tylko dekoracje, w jakich się to odbywa, pozwalają odróżnić jedno dokonanie od drugiego. Wzorem kreowania powieściowego świata jest tu rzecz jasna nieśmiertelny Tolkien; z czytanych ostatnio podobał mi się Garth Nix, Australijczyk, ze względu na wynalazczość w dziedzinie rekwizytów. W powieści „Honor złodzieja” próbuje mu dorównać debiutant Douglas Hulick. Jak to w debiutach bywa, ładuje do jednej książki całe bogactwo, jakim dysponuje. Jego kraina jest dość słabo wyposażona w magię, za to bogato zaludniona przez podziemie przestępcze Kamratów, rodzaj mafii w realiach średniowiecznych. Są wodzowie z ustalonymi strefami wpływów i ludźmi pod bronią, są rozgrywki między nimi, ale życie toczy się bez większych komplikacji, póki nie wmieszają się zewnętrzne czynniki polityczne. Pozostający na służbie imperatora Szarfiarze, wyszkoleni na cyrkowym poziomie, to tylko jedno z zagrożeń. Z wynalazków „magicznych” podobały mi się latające monety, które w powietrzu zamieniają się we wrzące stopionym metalem pociski i biada temu, kto zostanie nimi trafiony. Albo taki błyskot: rodzaj sznura z węzłami, w których zaklęta jest magia i kto takim sznurem oberwie po organizmie, ten natychmiast traci ochotę do walki. Błyskotem nazywa się tu też samą magię, a błyskot imperialny to jej najwyższa forma, budząca przerażenie pospolitych drapichrustów. Tych kategorii społecznych mętów jest w powieści Hulicka co niemiara: Nosy (wywiadowcy), Brzeszczoty, Nożownicy, Lewary, Dęby – to jakby cyngle dzisiejszych mafiosów, zaś spece od dawania wycisku to Katusznicy. Doposażeniem magicznym zajmują się Gęby. Krawiec, Ogoniarz, Bakałarz, Chlebodawca, Atramenciarz, czyli skryba od fałszowania dokumentów...
Strona 30 z 37« Pierwsza...1020...2829303132...Ostatnia »