Czas życiowych rozliczeń

Kurt Vonnegut:  Popatrz na ptaszka, Tabakiera z Bagombo

Czas życiowych rozliczeń

Prawie równocześnie ukazały się dwa zbiory opowiadań zmarłego w 2007 roku Kurta Vonneguta: piąte wydanie „Tabakiery z Bagombo” i „Popatrz na ptaszka”. Razem grupują 40 opowiadań z wcześniejszej twórczości mistrza, przeznaczonej do czasopism. Oprócz nich ukazał się do tej pory tylko jeden zbiór, „Witajcie w małpiarni”. A w krótkiej formie był Vonnegut wcale nie gorszy niż w swoich prześmiewczych powieściach. Jest w nowych zbiorach mniej Vonneguta sarkastycznego, ironizującego z jaśnie wielmożnej ludzkości i jej przedstawicieli, a więcej rzewnego, wyrozumiałego dla ludzkich słabości i przywar. Sporo tekstów w obydwu tomach obraca się wokół kwestii rozrachunkowych: kto kim mógł być, a nie został i dlaczego, jak ludzie rozpamiętują swe dawne marzenia i jak się wobec nich rozliczają. Podstawowym branym na serio kryterium jest pieniądz i stan posiadania; pewnym zdumieniem napawa bohaterów Vonneguta konstatacja, że mogłoby się liczyć coś jeszcze: rodzina, miłość, w przypadku mężczyzn władza i znaczenie. Dziwnie się przy tym złożyło, że teksty pisane u zarania wielkiej kariery literackiej, poświęcone w dużej mierze bilansom życiowym, ukazały się w książkach pod sam koniec życia autora, kiedy czas na rozliczenia wydawałby się bardziej stosowny. Co mnie trochę zdumiało, mało pisał wtedy Vonnegut opowiadań z gatunku fantastyki z futurologią, ale są i takie. „Konfido” informuje o zabójczo wzmacniającej ludzkie ego maszynce, „2BR02B” o regulowaniu populacji metodą radykalną: kto się rodzi, temu musi ustąpić miejsca osobnik żyjący – liczba mieszkańców Ziemi ma być constans. „Mili ludeczkowie” traktują o przylocie do nas kosmitów w pojeździe przypominającym nóż do otwierania listów, ale na innym planie opowiadają o facecie mordującym żonę. „Mrówcze skamieliny” to rzecz antytotalitarna, archeolodzy odkrywają w starych pokładach geologicznych wymarłą cywilizację mrówek, które mieszkały...
Polak maniakalny

Joanna Kuciel-Frydryszak:  Słonimski. Heretyk na ambonie

Polak maniakalny

Na zdjęciach z lat 20. ubiegłego wieku Antoni Słonimski ma pucułowatą twarz, wyraźną mimo młodego wieku łysinę i okrągłe bryle. Nigdy się nie uśmiecha. Ale w środku buzuje ambicja, by być duszą towarzystwa, imponować, śmieszyć, dominować. Dopiero z wiekiem te zewnętrzne cechy nabiorą dystynkcji, bo wewnętrzne pozostaną takie jak były. Biografia Słonimskiego „Heretyk na ambonie” ukazuje jednego z najgłośniejszych polskich literatów XX wieku, który w długim życiu zaznał zmiennych kolei losu. Przed wojną należał do piątki skamandrytów, był na ustach wszystkich, świetnie zarabiał jako autor felietonów, sztuk teatralnych i skeczy kabaretowych. W wieku 44 lat doświadczył gwałtownego obrotu koła fortuny – wybuchła II wojna światowa. Ratując skórę jako Żyd dopuszczający się szyderstw z faszyzmu i Führera – znalazł się za granicą. Król życia, któremu świat mógł się wydawać wielką salą zabaw, został zdegradowany do bezpaństwowca, z trudem wiążącego koniec z końcem. Joanna Kuciel-Frydryszak, wrocławska dziennikarka, zrekonstruowała solidnie drogę życiową Słonimskiego. Nie ma w tej biografii udziwnień ani sensacji, pretensji do odkrywania nieznanego oblicza bohatera. Zamierzona jak najskromniej, tym większy odnosi sukces: w zwięzłej, rzeczowej formie przedstawia kolejne epoki w życiu Słonimskiego. Gdyż po emigracji, na której, co tu dużo mówić, męczył się wyraźnie, następuje powrót do Polski. Jest sierpień 1951 roku, pełnia stalinizmu; wracając niemal mija się z opuszczającym kraj Miłoszem. Dwóch wybitnych intelektualistów podjęło w tym samym czasie dwie rozbieżne decyzje. „Miłosz wiedział doskonale, skąd wyjeżdża, Słonimski nie wiedział, dokąd wraca”, konkluduje autorka. Pierwszy trybut wobec komunistów to atak na Miłosza, czego Słonimski będzie się wstydził do końca życia. W ślad za nim idą inne: wiersze okolicznościowe ku czci Bieruta, popieranie socrealizmu, ataki na emigrację. Władza nie pozwala...
Misjonarz starych prawd

Andrzej Horubała:  Żeby Polska była sexy i inne szkice polemiczne

Misjonarz starych prawd

Na Andrzeja Horubałę zwróciłem uwagę przy okazji jego drugiej powieści „Umoczeni”, traktującej o skorodowaniu solidarnościowych bohaterów i wymianie przez nich dawnych ideałów na stanowiska i gotówkę. Także z tego powodu, że główny bohater pochodził z Myślenic i wspominał Zarabie oraz wyciąg na górę Chełm. Ale przede wszystkim dlatego, że w tej nerwowej, pokazującej prawdę o Polsce prozie nie wahał się poruszyć ważkich problemów doby dzisiejszej, przed którymi inni robią uniki albo uciekają chyłkiem. W podobnym tonie utrzymana jest jego publicystyka, która czytana w „Uważam Rze” nie robiła tak dosadnego wrażenia. W kumulacji zyskuje głębszy wydźwięk: widać, z kim i o co walczy autor, jakich środków używa itp. Ogólnie biorąc potyka się z „modernizatorami” naszego kraju i naszych dusz, którzy by chcieli odesłać do lamusa polską zapyziałość i wprowadzić nas do Europy. Drogą do tego wydaje im się likwidacja rodziny, aborcja, parady gejowskie, pozbawiona lekcji historii szkoła, odcięcie się od tradycji, a jeszcze lepiej od wiary chrześcijańskiej, zastąpienie wartości ich imitacjami. „Warczą, warczą bębny ludożerców / Idziemy, misjonarze starych prawd, brzegiem oceanu / Kto z nas pierwszy uzna rytualny rytm za swój / Kto pierwszy uzna władzę oszalałych szamanów”, śpiewał trzydzieści lat temu Jacek Kaczmarski. Jednym z tych misjonarzy starych prawd wydaje mi się dziś Horubała. Jego metoda jest prosta: uważnie czyta, sporo wie i dobrze kojarzy. Na każdy sąd ma uzasadnienie. Ocenia i wartościuje bez taryfy ulgowej, nie kierując się pozycją artysty w rankingu zasłużonych ani jego przeszłymi dokonaniami. Nie zważa na cudze opinie ani na przynależność tych, których bierze na tapetę, do nurtu, z którym sympatyzuje. Zachwyca się ostatnim tomem poezji Jana Polkowskiego i miesza z błotem upozowany...
Lem średni

antologia:  Głos Lema

Lem średni

Takie rzeczy się zdarzają. Gdy zmarł Arkadij Strugacki, starszy z duetu słynnych autorów science fiction, w Rosji pojawiły się antologie opowiadań rozwijających pewne motywy z ich twórczości. Był to zarazem wyraz hołdu czy upamiętnienia, bo w ZSRR Strugaccy odgrywali taką rolę jak u nas Lem – nikt ich wybitności nie kwestionował, a zawołanie „my z nich wszyscy” obowiązywało tam bez żadnej dyskusji. Teraz podobnego tomu, zatytułowanego buńczucznie „Głos Lema”, doczekaliśmy się i w Polsce. Ma to być  forma uczczenia 90. rocznicy urodzin Lema przez najmłodsze (chyba) pokolenie polskich autorów SF. Z jako tako znanych na rynku nazwisk odcyfrowałem dwa, może trzy; wygląda na to, że komu tylko pisanie miłe, ten może dać głos do „Głosu Lema”. Tuzin opowiadań stanowi po większej części przegląd motywów znanych z twórczości autora „Astronautów”. Raz są to zmodyfikowane przebitki z planety Solaris, innym razem z opowieści o pilocie Pirxie, czyli „Albatros” zmieszany z „Rozprawą”. Są echa żelaznych skrzyń profesora Corcorana i uwięzienie ludzkiej jaźni w czarnej skrzynce, a także nawiązanie do tekstu z „Doskonałej próżni”, konkretnie do „Gruppenführera Louisa XVI”. Nadspodziewanie wiele jest opowiadań, gdzie żadnych nawiązań nie ma albo są one jeno pretekstowe. Ot, skoro Lem wymyślił fantomatykę, nazwaną dziś rzeczywistością wirtualną, to opiszmy przygody bohatera w tej VR, powołując się na Lema właśnie. Kłopot w tym, że w SF zamykanie bohaterów w pozorowanej elektronicznie realności uchodzi za tandetę i odpowiada XIX-wiecznej konwencji przygód przeżywanych we śnie. Można sobie pozwolić na wszystko, po czym stwierdzić rozbrajająco, że to się bohaterowi przyśniło, potem obudził się i nie zostało nic. Z VR analogicznie, toteż wybór takiego sposobu mam za mało ambitny i niegodny aspirowania do...
Porady imntymne

Wisława Szymborska:  Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem

Porady imntymne

Jak to się wszystko zmienia na tym świecie. Pamiętam, jakby to było wczoraj, epokę literatury, literatów, zaczytywania się w książkach, polowania na co lepsze czy głośniejsze tytuły – dziś fiu, przeminęło z wiatrem. Wstęp do grona literatów dawało dzieło, najlepiej wierszowane, które powali na kolana środowisko literackie i objawi nowy wielki talent. Tylu młodych, a i niemłodych ludzi kombinowało w ten sposób, że redakcje pism literackich były zasypywane propozycjami dzieł literackich, a specjalne komisje redakcyjne zajmowały się ich lekturą, oceną i odpowiadaniem autorom. W redakcji świętej pamięci „Życia Literackiego” w skład takiej komisji, której członkowie działali indywidualnie, wchodzili Włodzimierz Maciąg i Wisława Szymborska, drukując co tydzień wyciąg porad, komentarzy, wrażeń powstałych po tej znojnej lekturze. Na ich wynurzenia rzucali się autorzy: ci, którzy coś wysłali, ci co mieli taki zamiar i ci, którym dopiero kiełkował on w głowie. Wyciąg z tej poczty literackiej, zatytułowany prostolinijnie „Poczta literacka”, autorstwa laureatki Nobla, dostał się teraz w ręce czytelników. Wisława Szymborska jest oceniaczką cierpliwą. Kibicuje tym ułomnym przeważnie próbom, pochyla się nad nimi nie szczędząc czasu, trudu, wzroku, starań. Odnosi się do tego śmiecia (nazwijmy rzecz po imieniu) ciepło i życzliwie, jakby ze zrozumieniem dla dziecięcej choroby literackości, która przemija jak grypa i dopiero ci naprawdę ciężko zainfekowani zostają na placu boju (czasem dostają Nobla). Jest fanatyczką poglądu, że do pisania trzeba mieć talent, co nie jest dziś i nie było wtedy opinią bezdyskusyjną. Czasem bywa to rozmowa o nadesłanych tekstach, a czasem o załączonym liście. Szymborska bada treść jednych i drugich z wyrozumiałością, bo rozumie stan duszy, który pcha do ekspresji, nawet w formie ułomnej. W poprzedzającej „Pocztę” rozmowie z Teresą...
Wiek przełomu

Edward Dolnick:  Wielki zegar Wszechświata. Wiek geniuszy i narodziny nowoczesnej nauki

Wiek przełomu

Na okładce Newton jak żywy rozszczepia pryzmatem światło słoneczne, ale w książce jego dokonania z optyki zajmują niewiele miejsca. Dolnick, dziennikarz, pisarz i popularyzator nauki, przedstawia szerzej odkrycie prawa przyciągania ciał oraz rachunku różniczkowego i całkowego. Jednak bohaterem książki nie jest genialny fizyk, a jego epoka, którą autor słusznie uważa za przełomową. To w XVII wieku ukształtowały się podstawy nowoczesnej nauki i przekonanie, że prawa przyrody zapisane są językiem matematyki. Takie książki o historii nauki czyta się z rozkoszą: niby wszystko to wiemy, ale przyjemnie zapoznać się ze szczegółami i atmosferą tamtego czasu. Tę zaś udało się autorowi oddać przekonywająco i sugestywnie. XVII-wieczny Londyn i grasujące po nim kataklizmy w postaci najpierw epidemii dżumy, a potem pożaru, zebrania Royal Society i piękna galeria postaci, które odgrywały kluczową rolę w ówczesnej nauce – to wszystko przydaje książce walorów czytelniczych i dokumentalnych. Świetne są fragmenty o kpinach z owych uczonych – że butelkują powietrze z różnych stron świata i trzymają je zamknięte w piwnicach jak wino, że matematycy jedzą mięso w postaci trójkątów i rombów, a ktoś naśladuje ruchy żaby, nie dla celów praktycznych, tylko dla zgłębienia „spekulatywnego aspektu pływania”. Dobrze oddane zostały konflikty Newtona z Leibnizem o pierwszeństwo odkrycia całek i różniczek, a także z Hooke’m, który uważał się za współodkrywcę prawa grawitacji. Sentencją, że stał na ramionach olbrzymów, Newton nie tylko oddawał chwałę Galileuszowi, Keplerowi i Kartezjuszowi, ale pogrążał Hooke’a, który był garbusem nikczemnej postury. Ocenę książki obniżają mętne wywody, w których raz czy dwa wikła się Dolnick. „Czy stosunek 1,7 cm do 500 cm jest taki sam jak stosunek 1 do 3600, jak przewidział Newton? (…) Te dwa...
Strona 36 z 37« Pierwsza...102030...3334353637