Sto kobiet i sto książek

David Lodge:  Który stawał na wysokości zadania

Sto kobiet i sto książek

W Polsce przyzwyczailiśmy się myśleć o Herbercie George’u Wellsie jako o klasyku science fiction, genialnym wizjonerze, autorze takich dzieł jak „Wojna światów”, „Wehikuł czasu” czy „Niewidzialny człowiek”. Tymczasem zainteresowania Wellsa były o wiele szersze, obejmowały kwestie społeczne, a wiele jego powieści można zakwalifikować jako obyczajowe, opiewające konflikty pomiędzy płciami czy emancypację młodych panien. Człowiek niskiego pochodzenia, jak się wtedy mówiło, dzięki swemu talentowi wdarł się na szczyt ówczesnej angielskiej socjety, był sławny, był obiektem zazdrości i tematem plotek, do czego zresztą dawał tysięczne powody. Na pewno był najważniejszym angielskim pisarzem do lat 20. minionego wieku, autorem dzieł literackich i traktatów upozowanych na naukowe. Próbę fabularyzowanej biografii tak ciekawej i wielowymiarowej postaci podjął David Lodge, sam pisarz, w Polsce znany z dziesiątka powieści, które bym zaliczył do nurtu powieści akademickiej. Od razu dodajmy: jest to próba bardzo udana, najwybitniejsze bodaj dokonanie literackie Lodge’a, pokazujące Wellsa od przodu i od tyłu, jako literata i jako, co tu ukrywać, rozpustnika. Pisarza przedstawia się poprzez jego książki; Lodge na tym nie poprzestał, przedstawiając go też poprzez kobiety, które posiadł. Liczbę jednych i drugich oszacował na setkę, i jak bywa w takiej liczbie, jedne były znaczące, a inne przeminęły bez echa. Wydawca polski postanowił, chyba ze względów komercyjnych, podkreślić ten drugi aspekt, dając jadowicie różową okładkę i zmieniając tytuł na „Który stawał na wysokości zadania”. Zabieg ten, utożsamiający poniekąd człowieka z jego organem seksualnym, niczego oczywiście Wellsowi nie ujmuje: hojnie podobno obdarzony przez naturę, rekompensował sobie tym niski wzrost, piskliwy głos i przeciętną aparycję. Kobiety jednak do niego lgnęły, nie tylko ładne, ale i młode, on zaś uszczęśliwiał je organem, który sądząc z biografii...
Żegnaj, cywilizacjo!

Justin Cronin:  Przejście

Żegnaj, cywilizacjo!

W roku wyczekiwanego końca świata (przypominam: 21 grudnia przed południem) warto odnotowywać, jakie pomysły na apokalipsę ma literatura. Jak majdan zacznie nam się walić na łeb, będziemy mogli sobie porównać zapowiedzi z realnymi wydarzeniami. W grubej (750 stron) powieści „Przejście” Justina Cronina do kataklizmu dochodzi po odkryciu rzadkiego wirusa w boliwijskiej dżungli, który wydłuża życie i zwiększa siłę fizyczną. Niestety, przy okazji zamienia ludzi w wampiry, ale kto by się tym przejmował – to wszak wymarzeni żołnierze. Wirusa wszczepia się dwunastu skazańcom oczekującym na wykonanie wyroków śmierci, czyniąc z nich tzw. wiroli. Jak to bywa przy takich okazjach, wirole wydostają się na wolność, Amerykę ogarnia epidemia, dochodzi do paniki i masowych zgonów. Sto lat po tym incydencie na wielkim kontynencie wegetują resztki ludzkości – z Europy, Azji czy Afryki wieści brak. Cronin, absolwent warsztatów literackich w Iowa, lepiej radzi sobie w przedstawianiu scen z życia współczesnej Ameryki niż z elementami science fiction. Dramat wychowującej samotnie 6-letnią córkę kobiety, która chcąc utrzymać siebie i dziecko zostaje prostytutką, przedstawiony został w naprawdę przejmujący sposób. W końcu matka musi porzucić Amy, żeby ratować własną skórę – to najlepsza część „Przejścia”. Niestety, zarazem najmniej istotna, bo służąca tylko zaprezentowaniu głównej bohaterki, która pojawi się w następnych tomach. Autor z góry wie, że wyjdzie mu trylogia. Gorzej wygląda pomysł na fantastyczne stwory, w które ludzie przemieniają się pod wpływem wirusa. Najbliżej im do wampirów, bo kogo pogryzą, ten mrze albo zostaje kolejnym wirolem. Cechuje je zawrotna szybkość i ogromna siła, a twardy pancerz odbija kule karabinowe. Chcąc je zabić trzeba trafić w rozwartą paszczę albo w mały skrawek niechronionego ciała pod szyją, jak w...
Statki niewolnicze  NKWD

Martin J. Bollinger:  Flota Gułagu. Stalinowskie statki śmierci: transporty na Kołymę

Statki niewolnicze NKWD

W latach 70. ubiegłego wieku, kiedy jeszcze nie było wiadomo, gdzie leżą pomordowani z Katynia, partyjny naukowiec ujawnił mi w tajemnicy, że miejscem ich wiecznego spoczynku jest dno morza. Sowieci mieli ładować ich na barki, które zatapiali detonacjami, a niedobitków siekli z broni maszynowej. Według książki Martina Bollingera „Flota Gułagu” sceny takie istotnie miały miejsce, ale na Dalekim Wschodzie. Tam właśnie pozbywano się w ten sposób tysięcy łagierników bez odmrożonych rąk, nosów i uszu. „Flota Gułagu” podejmuje dziewiczy dla łagrowej literatury temat okrętów transportujących więźniów z Władywostoku i dwóch innych portów, dokąd dostarczała ich kolej transsyberyjska, do Magadanu nad Morzem Ochockim. Stamtąd szli dalej nad Kołymę, wydobywać złoto i inne kopaliny w urągających ludzkiemu bytowaniu okolicznościach. Jak oblicza Bollinger, w ten sposób przerzucono około miliona więźniów. Jakich statków do tego użyto, skąd się wzięły w posiadaniu Sowietów, jakie na nich panowały warunki – stanowi przedmiot zainteresowania tej równie fascynującej, co przerażającej książki. Na przeładowanych do granic możliwości statkach więźniów traktowano gorzej niż niewolników. Na czas rejsu wydzielano im głodowe racje i przestrzeń wielkości budki telefonicznej na każdego, a warunki higieniczne budziły grozę. Była to podróż do piekła w iście piekielnych mękach: w mroku, smrodzie, zaduchu, w gnoju, wśród jęków konających i chorych, a bywało nierzadko, że rabowanych, mordowanych, gwałconych. Bollinger przywołuje świadectwa z literatury łagrowej m.in. naszego Juliusza Bardacha, który miał okazję korzystać z owej linii pasażerskiej NKWD. Sztormy, eksplozje (wiele z tych statków przewoziło materiały wybuchowe), pożary, bunty – wszystko to dopełnia tragicznego obrazu. Gdy zaś dochodziło do katastrofy i więźniowie próbowali się ratować, konwojenci NKWD strzelali do nich jak do kaczek. Najbardziej bulwersuje w tej książce fakt,...