Syndrom Gombrowicza



Tytuł
Boskie zwierzęta
 
Autor
Szymon Hołownia


Wydawca
Znak 2019

Cena wydawnictwa
44,90 zł
Syndrom Gombrowicza
 

Właściwie nie wiadomo, czym jest książka Szymona Hołowni „Boskie zwierzęta”: esejem kulturowym, rozbudowanym felietonem, przeglądem lektur autora, gloryfikacją świata zwierzęcego czy agitką przeciwko zgubnemu nawykowi jedzenia mięsa. Pewnie wszystkim po trochu. Hołownia uważa, że wyszedł mu „płomienny (chyba) manifest chrześcijanina, który ma dość maszyny idącej dziś przez Ziemię i robiącej z niej piekło dla najsłabszych (…) dość robienia z Boga służącego ludzkich apetytów”. Nadto uznaje zwierzęta za święte, widzi je w raju zanim my się tam dostaniemy, jest pewien, że mają dusze i swoje życie umysłowe, a także zaleca, aby człowiek wziął świat zwierzęcy pod kuratelę zamiast go maltretować, jak to czyni dotąd.

Główna zawartość książki pokazuje los zwierząt na Ziemi, mordowanych masowo przez rzeźników i rozstrzeliwanych przez tzw. myśliwych („etyczni dewianci ze strzelbami”). Polujących księży – tak, są i tacy – autor nazywa „sługami dwóch ambon”; spożywających z lubością mięso określa jako „apostołów wędzonki” i „ewangelistów flaków”. Próbuje unaocznić gehennę zwierząt, jaka odbywa się przy odbieraniu im mięsa: „Gdyby rzeźnie miały szklane ściany, każdy byłby wegetarianinem”, miał podobno powiedzieć ex-Beatles Paul McCartney. Sporo w tej książce scen i obrazów wstrząsających, jak ten z azjatyckiej rzeźni psów: „skowyt psa patroszonego żywcem (…) który w agonalnym obłędzie i błaganiu liże rękę oprawcy”.

Finalnym wnioskiem wypływającym z książki jest to, że ludzkość musi zredukować jedzenie mięsa, jeżeli świat nie ma się ugotować w przeciągu niewielu dekad. Tu autor świeci przykładem i pokazuje własny odwrót od mięsożerstwa. Wylicza także skrupulatnie, ile produkcja mięsa pochłania wody i ziemi, ile kosztuje zanieczyszczeń. Czytelnika ma przekonać (mnie przekonuje), że najlepiej gdyby od jutra został jaroszem; wyliczanie, jak się zdrowo wyżywić marchewką i jej podobnymi zajmuje Hołowni sporo miejsca.

Autor pisze tę książkę na wysokim poziomie egzaltacji, z wielkim osobistym zaangażowaniem. Cytatami ze Starego i Nowego Testamenty sypie równie obficie jak z ekologicznych lektur. Trudno się z jego wywodem i stanem emocjonalnym nie zgodzić, dopóki są to tylko słowa: nawet małe wyrzeczenia już oznaczają postęp. Parę plasterków salcesonu mniej oszczędzi życia i cierpień jakiejś świni. Jeśli dobrze to sobie tłumaczę, autor żąda przerobienia zjadaczy schabu na żerców kalafiorów, czyli odmiany natury ludzkiej o 180 stopni. De facto woła więc Hołownia o innego człowieka, nie tego,  którym mamy do czynienia realnie, ale o jakiś niedosiężny ideał gastronomiczny. Tym samym jego recepty przestają się odnosić w pełni do realnego świata, a pozostają zanurzone w sferze pobożnych nomen omen życzeń. Dla dewastujących planetę dwunogów wyjściem jest raczej radykalne ograniczenie własnej liczby, co też nie jest proste do przeprowadzenia.

Jako człowiek czynu Hołownia utrzymuje jednak, że zwierzętom należy pomagać, troszczyć się o ich los. Nie tylko nie zadawać im cierpień, ale przejmować się tym, jak żyją, bo sam Bóg włożył nam na plecy ten bagaż. W „Dziennikach” Gombrowicza mamy scenę, gdy pisarz znalazł się na plaży pełnej biedronek czy innych żuczków, które morze wyrzuca na brzeg. Leżą na grzbiecie przebierając nogami w daremnym wysiłku, by wrócić do normalnej pozycji. Gombrowicz odwraca żuczki, ale rozglądając się widzi, że wszystkim nie pomoże. Jest ich zbyt wiele. Hołownia tym się różni od Gombrowicza, że powiada: nawet kilka odwróconych żuczków to już coś, to działanie zmniejszające ilość sumarycznego cierpienia na Ziemi.

„Boskie zwierzęta” to książka dość przerażająca, pisana bebechami i wątrobą przez człowieka świadomego własnej bezsiły. Poczucie, jakeśmy daleko odeszli od rajskiego ideału, gdzie gęś z prosięciem i z człowiekiem współegzystują w pokoju, podyktowało mu słowa niekiedy porywcze, niekiedy jadowicie ironiczne. Upodobań ludzkich prawie na pewno nie uda się odmienić, a jeśli nawet, demografia zaraz to nadrobi. Lecz sytuacja zaszła już tak daleko, że uprawnione jest nazwanie za Singerem naszej planety „wieczną Treblinką”. Tak wyglądamy z pozycji maltretowanych, szlachtowanych na szynki i rozstrzeliwanych dla niskiej rozrywki zwierząt.

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Stalker Books

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Stalker Books

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Stalker Books

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Stalker Books