Uczniowie Spartakusa



Tytuł
Blade Runner 2049
Reżyseria
Denis Villeneuve
Scenariusz
Hampton Fancher
Obsada
Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Robin Wright, Dave Bautista i in.
Zdjęcia
Roger Deakins
Uczniowie Spartakusa

„Blade Runner 2049” od początku ugina się pod ciężarem pierwowzoru z 1982 roku. Uznana po latach za arcydzieło pierwsza ekranizacja prozy Philipa Dicka narzuciła tak wysokie standardy artystyczne, że pomimo prób przez dziesięciolecia nikt nie odważył się im sprostać. Odniosłem wrażenie, że reżyser Denis Villeneuve  miał przez cały czas przed oczami dzieło Ridleya Scotta (który tym razem wystąpił w roli producenta) i z całych sił starał się nie zrobić filmu wyraźnie gorszego.

Powstał film nie dorównujący może tamtemu, ale też nie kompromitujący. Najpierw o mankamentach: kontynuacja „Blade Runnera” jest za długa, trwa prawie trzy godziny, wiele scen dałoby się skondensować i przyspieszyć np. montażem. Muzyka dosłowna, ciężka, jakieś grzmoty, to znów wariacje na temat pomruków nadciągającej burzy. Aktorzy grają statycznie i wypowiadają swe kwestie z nikłą ilością ekspresji. Może tak ma być, skoro akcja rozgrywa się głównie w środowisku replikantów, czyli jakby humanoidalnych robotów o dużym stopniu uczłowieczenia. Powstał film dziwaczny, w tym sensie, że nic tu nie jest „normalne”, ani ludzie, ani replikanci, ani krajobraz, ani sposób opowiadania. Także wybór na centralny motyw dziecka replikantki, wokół którego kręci się intryga, słabo się broni pod względem logicznym, bo na co instalowanie replikantom kosztownego układu rozrodczego, gdy nie do tego będą używane.

Za to film jest niezwykle piękny od strony wizualnej, a zdjęcia momentami zapierają dech w piersiach. Znakomicie pod względem plastycznym został oddany przygnębiający świat połowy XXI wieku, zabudowane szczelnie powierzchnie, wysokie, utopione w mgle i ciemności gmaszyska, gigantyczne reklamy holo – oto sugestywna wizja przyszłości, godna sama stać się tematem filmu. Kadry są posępne i ciemne za przyczyną bliżej nieokreślonego Zaciemnienia, które dotyczy zarówno wykasowania danych sprzed pewnej daty, jak i odcięcia świata od promieni słonecznych. W tej szarobrązowej poświacie poruszają się bohaterowie, latami nie widzący odrobiny liścia czy łodygi roślinnej, nie mówiąc o kwiatach. Wielkie wrażenie wywołuje przeniesienie bohaterki do buchającego zielenią ogrodu holo, gdzie prowadzi badania nad żuczkami czy też po prostu odpoczywa.

Łowca robotów K względnie Joe  jest nowym wcieleniem Ricka Deckarda, ulepszonym modelem mającym za zadanie eliminację innych replikantów. Swą pracę wykonuje perfekcyjnie, ale czasem nachodzą go wątpliwości, czy służy dobrej sprawie. W filmie poszukuje swej tożsamości i prawdziwości; zna legendę o dziecku replikantki, zdaje mu się, że sam mógłby nim być. Prawdy docieka w molochu miejskim, w jaki zamieniło się Los Angeles, a także poza jego granicami, dzięki czemu mamy okazję zajrzeć poza obręb miejskiej rzeczywistości. Z tych epizodów największe i najbardziej przygnębiające wrażenie sprawia olbrzymia hala, gdzie przy stołach dzieci zmuszone są do niewolniczej pracy na rzecz wykorzystującego je bez skrupułów mafioso z gospodarczego podziemia.

Pomimo widocznych starań uleciała gdzieś atmosfera powieści Dicka, która dała podstawę scenariusza pierwowzoru. Z jednym wyjątkiem: Dickowska opozycja „naturalne – sztuczne” została kapitalnie oddana w scenie, gdzie dwie kobiety: wirtualna i „naturalna” (która i tak chyba jest replikantką) przenikają się wzajemnie podczas erotycznego zbliżenia z Joem. Także podoba się scena z odróżnianiem wspomnień naturalnych od zaimplantowanych – Dick mógłby ją bez trudu zaakceptować. Razi obcesowe traktowanie replikantów przez ich właściciela Wallace’a: jednego porżnie skalpelem, a kopię Rachel zastrzeli jako bezużyteczną, bo nie ma zielonych oczu. Przecież replikant swoje kosztuje i po niewielkiej korekcie mógłby się jeszcze przydać. Świetny jest Harrison Ford; gdy wreszcie się pojawia, film od razy nabiera życia i autentyczności. Wiekowy Rick Deckard ani razu się nie uśmiecha, twarz ma wykrzywioną paroksyzmem wściekłości na stan rzeczy, jaki go otacza.

Dyskusyjna wydaje mi się też wiara replikantów, że powicie przez ich przedstawicielkę ludzkiego dziecka zrównuje ich status z homini sapientis i spodziewanie się, że ogłoszenie tej rewelacji wywróci dotychczasowy porządek społeczny do góry nogami. Replikanci spodziewają się zyskać pełnię praw, a wtedy ich walka wyzwoleńcza dobiegnie końca. W tym sensie można ich uznać za uczniów Spartakusa, którzy po morderczej walce jutro awansują z niewolników na pełnoprawnych obywateli. Już lepiej byłoby zostać w koloniach, opanować jedną z nich i tam założyć własne państwo – cóż kiedy ciągnie ich na Ziemię, do ludzi. Ale tak zarządził właściciel całego imperium replikantów Philip K. Dick i z tym dyskutować niepodobna.

Dodaj komentarz



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Solaris

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Solaris

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Solaris

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Solaris