Dzień 890, wtorek 16 sierpnia 2022

Nie pisałem prawie 50 dni, nie chciało mi się. Nic ciekawego nie miałem do zakomunikowania. Gorąco jest wszystkim i nikogo to nie zaciekawi. Na szczęście tu gdzie się pojawiam, od czasu do czasu spada trochę deszczu.

W mojej katordze przeszedłem do nowego etapu. Do tej pory pustoszyłem półki i ekspediowałem książki, szacunkowo było tego jakieś 3 tysiące sztuk. Większość wyniosłem w łapach, w dwóch podręcznych torbach, z dziesięć razy podjechała biblioteka pedagogiczna. Okazało się, że była to prostsza część ćwiczenia. Gdy przyszło do szykowania regałów, to co na nich zostało musiało zstąpić na podłogę, potworzyły się sterty, pomiędzy którymi zmuszony byłem balansować z drewnem w dłoniach. Regały najpierw odkurzałem zmiotką, która pamięta jeszcze czasy matki, potem zmywałem szmatą i odstawiałem do suszenia. W ten sposób przygotowałem trzy regały podokienne i dwa wysokie 2,04 metra, i teraz mam je tu na Ostrobramskiej.

Do wiwatu dają mi zwłaszcza archiwa, teczki z wycinkami, niezliczone kopie jeszcze maszynowe moich dzieł pisanych. Żal mi to wyrzucać, ale naprawdę nie można inaczej. Mruczę pod nosem: – Wybaczcie! – i łap za sznurek, po czym takie paczki kieruję do śmieci. Śmieciarze wyznaczają daty moich przyjazdów do Myślenic, tak jest i jutro, gdyż we czwartek biorą wory z papierem, plastikiem, szkłem i czymś tam jeszcze.

W czasie moich podróży wakacyjnych zapoznałem się z konieczności z pociągami PKP. Raz naczekałem się na dworcu warszawskim 2,5 godziny, zanim mój skład nadjechał. Ciągnął z Gdyni; w Iławie zepsuła się lokomotywa, nową trzeba było sprowadzać aż ze stolicy. Bliżej pono nie było. Tedy ruszyliśmy w czasie, w którym powinniśmy prawie dobijać do Krakowa, a do Miechowa na pewno. Pociąg ten w Krakowie rozszczepia się na część do Zakopanego i drugą do Krynicy. Nagle oświadczono pasażerom, że dalszej podróży nie będzie. Uważacie, ktoś kupuje sobie bilet, płaci, żeby sobie wygodnie posiedzieć w drodze do uzdrowiska, a tu go wypierdalają z pociągu niczego nie oferując w zamian i nawet nie wspominając taktownie o forsie za bilety. Drugi incydent przeżyłem wracając pechowo w piątek, wszystkie miejsca były wyprzedane, nawet w pierwszej klasie, zażądałem stojaka, otrzymałem bez trudu i jak za dawnych PRL-owskich czasów całe trzy godziny z okładem przestałem na korytarzu. Dziś czytam, jak to aktor Stuhr nie mógł usiąść na swoim miejscu, bo ktoś je zajął, więc przesiedział na podłodze między wagonami (?). Jak ja przestałem w gorszej niewygodzie cały rejs, nikt się nie zająknął.

I tak żyję sobie w rozjazdach od marca do jesieni. Niekiedy myślę, że to czas darowany na pożegnanie się z lokalem i sprzętami, wśród których jednak zbiegł mi kawałem życia i w których po krachu pierwszego małżeństwa planowałem spędzić czas do śmierci, ale los, wytrawny ironista, nie dał mi takiej szansy. W tych warunkach klimatycznych, jakie panują, posiedzenie w domu warszawskim z prysznicem i lodówką zdaje mi się szczytem luksusu. Gdyby nie kolega Deusz, do którego chadzam na piwo i telewizję, całkiem bym w tych Myślenicach zdziczał i o tej porze sierpnia wyłbym zapewne jako ten wilk z tęsknoty i nieukontentowania. Księgi zapakowało się po większej części do piwnicy tutejszej, skąd będzie się je wyciągać pomalutku, w miarę jak zacznę wyrzucać z półek nadmiar zgromadzonych, bo już nic więcej tu się nie zmieści. Na myśl o tych zmaganiach skacze mi ciśnienie, nieraz i nie dwa do 150 i więcej, i czasem myślę z troską: żebym tylko nie dostał zawału.

W sprawach covidowych coś się rusza i nie pozwala spać spokojnie. W którymś tygodniu ogłoszono, że było 3700 zakażeń dziennie, po czym liczba ta wzrosła do 5700, a w ogóle to jest tego cztery razy więcej, tylko się nie wykrywa, bo za mało testów, zapewnia jakiś medyczny fachura. Tak tedy zgodziłem się łaskawie, by mnie zaszczepiono, Dominika wydzwoniła termin, ale wszystko odbyło się już bez dawnej ekscytacji i zadęcia. Ręka mnie rozbolała na myśl o dochodach firmy Pfizer, która na tym zarabia niewyobrażalne dolary, tak że gdyby wisusa nie było, należałoby go czym prędzej wymyślić.

Kończą się wakacje, Berenika powoli myśli o szkole (wróciła właśnie z obozu architektonicznego), ja myślę o wolności od Myślenic i tak sobie żyjemy niespiesznie, póki covid nas nie dopadnie, co oby nie nastąpiło nigdy, amen.

Prześlij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Stalker Books

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Stalker Books

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Stalker Books

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Stalker Books