Dzień 913, czwartek 8 września 2022

Oto ostatnie wiadomości z frontu walki z covidem omikronem plugawym sukinsynem. W pierwszym tygodniu września nastąpiło 21 337 zakażeń w skali całego kraju. Z tego zmarło 45 nieszczęśników, a dalszych 56 poszło na cmentarz z powodu chorób współistniejących. W tygodniu poprzednim, czyli od 25 do 31 sierpnia, zakażonych było 21 927, czyli nawet więcej. „Wystąpiła tendencja spadkowa”, cieszył się w radiu rządowy spiker, który zdaje się jak za komunizmu ma przykazane, by poszukiwać sukcesów gdzie się tylko da. W domu powiedzieliśmy sobie: patrz, Nika, jakie niskie wyniki (bo to mniej więcej 1000 dziennie), a zewsząd dochodzą głosy, że ten chory, tamten skończył chorować, a kolejny choruje po raz drugi pomimo zaszczepienia. Zupełnie odwrotnie odbierałem to w szczycie pandemii: wyniki były porażające, ale chorych w swoim otoczeniu nie widziałem. Minister ogłosił ze swadą, że czwarta dawka należy się odtąd całej populacji z wyjątkiem dzieci, nie będzie też ograniczeń epidemiologicznych, ale i tak widzi się od czasu do czasu na tym gorącu zziajane starowinki w maskach naciągniętych na uszy. Mam też jednego czy dwóch znajomych, którzy chlubią się tym, że od początku nie zaszczepili się i nie zamierzają. A niechże im szczęście sprzyja!

W niedzielę wróciliśmy z konwentu w Łodzi, gdzie mówiłem o Snergu z okazji rocznicy jego śmierci, która nastąpiła 23 sierpnia 1995 roku. Na spotkanie przyszło dwóch ludzi, których wypytałem, co czytali Snerga i o Snergu. Okazało się, że nic. Mimo to ruszyłem ze gadulstwem, zaczynając od 1974 roku, kiedy ukazał się „Robot” i czytaliśmy go akurat na obozie naukowym w fabryce śrub w Żywcu. Zgodziliśmy się, że wtedy, że w polskiej fantastyce zdarzyło się coś istotnego, czego wprawdzie nikt jeszcze nie ogarniał, ale kolejne lata miały potwierdzić tę opinię. Moim słuchaczom przedstawiłem koleje życia Snerga, a zwłaszcza jego paskudny charakter, polegający na bojkotowaniu niedobrego świata. Komu tym zrobił krzywdę? – tylko sobie, bo jak go głupia polonistka oblała na maturze, to obrażony już więcej do egzaminu nie przystąpił, a publikacje kolejnych powieści miały być dla niego rodzajem rewanżu na głupiej babie. Obowiązywała wtedy pono rejonizacja w oświacie – no to trzeba było się fikcyjnie przemeldować, zdać i pójść na fizykę uniwersytecką, której potem mu tak brakowało (w sensie wykształcenia). Tak by postąpił normalny człowiek, ale nie Snerg. Decyzją o bojkocie zrujnował sobie życie, pogrzebał szanse, na zawsze obsadził się w roli naukowego pariasa, który ma wprawdzie ciekawe pomysły, ale nie potrafi ich zanalizować. I to jego głupie samobójstwo, na złość sobie i całemu światu – a parę lat później wszedł na ekrany „Matrix” pełen ewidentnych zapożyczeń i inspiracji z „Robota” i „Anioła zagłady”. Można było to rozegrać, gdyby się wcześniej nie skasowało swojego udziału w wydarzeniach.

Po tym doświadczeniu z niską frekwencją w Łodzi powiedziałem sobie: koniec z wizytowaniem konwentów innych niż u VoYTaSSa w  Nidzicy albo w Mierkach albo w Waplewie. Za stary jestem, żeby się włóczyć bezproduktywnie po Polsce, w dodatku Dominika przegoniła mnie piechotą po Łodzi. Nie na moje nogi takie ekscesy. Wprawdzie wieczorne spotkanie wypadło pod względem frekwencji lepiej – mówiliśmy z Jackiem Inglotem i z Dominiką o tym, jak zestarzała się przyszłość w naszych książkach i gdzie indziej – ale mimo że ludzie słuchali i raz czy drugi odezwali się niegłupio, pozostała we mnie jakaś niechęć do tych cosplayów, bezmyślnych królewien i gołowąsów z mieczami. Nie odpowiada mi podkład pustoty, którym to wszystko podbite, i powiadam: nieprędko obejrzy mnie jakiś nowy konwent. Zresztą zima idzie, sezon się kończy. Jacenty Inglot nadto wieszczy, że konwenty będą marły z powodu braku pieniędzy i zainteresowania gawiedzi. Niby więc rozumiem, co się dzieje, a żal.

Po powrocie z Myślenic brałem tu udział w naprawianiu samochodu. Bardzo lubię to nasze auteczko (Opel Corsa), które mamy od 2013 roku i przebieg osiągnął prawie 100 tysięcy km. W związku z tym co jakiś czas coś się w nim psuje, ostatnio odmówiło posłuszeństwa radio oraz klimatyzacja, a prawie równolegle sprzęgło. Fachowiec twierdził wprawdzie, że można jeszcze jeździć na starym, ale na wszelki wypadek wymienił, bo na tym zarabia. Z klimatyzacją było tak, że wymieniono skraplacz á 900 zł, klimatyzacja działała parę dni, po czym zepsuła się de novo. Wezwany do poprawki fachowiec z ulicy, nie bójmy się tego słowa, Antoniewskiej, gdzie naprawia się wyłącznie Ople, nagle stał się nieuprzejmy, a nawet opryskliwy. W końcu orzekł, że trzeba wymienić cały system i cześć. Tu wyszła cała lewizna tego polskiego rzemieślnika: prawdopodobnie nie umieli tego naprawić, choć klimatyzacja nie jest bardziej skomplikowana od lodówki. Być może w dobie inflacji nie chciało się im diagnozować, gdzie tkwi feler, tylko wymienili na ślepo ów skraplacz, a jak to nie pomogło, zażądali wymiany całości. Wiadomo, klient zapłaci, od tego jest. Nie zgodziliśmy się, Dominika zażądała wymontowania owego skraplacza i zwrotu pieniędzy, na co padła odpowiedź, że to niemożliwe: co autu domontowano, zostaje w aucie, pieniądze się nie należą, bo wszak przy wymianie fachowcy natrudzili się ile wlezie. Jak by domontowali lufę od czołgu, która by tyle samo pomogła klimatyzacji co ten skraplacz, to jeździlibyśmy dalej z tą lufą, budząc u jednych wesołość, u innych przerażenie. Uważaj, Nika, powiedziałem do żony, gdyśmy wsiadali do auta w celu ewakuacji z zakładu przy ulicy, nie bójmy się tego słowa, Antoniewskiej, noga nasza tu więcej nie postanie. Otrzepmy tylko według wskazania biblijnego nasze sandały z kurzu – i chodu. No i jeździmy bez klimatyzacji, radio czasem się włączy, jak ma dobry humor, snadź jakieś styki rozwierają się i zwierają samorzutnie, ale upały minęły, idzie ku zimie, jakoś damy sobie radę. Panu z ulicy, nie bójmy się tego słowa, Antoniewskiej, życzymy mnóstwa skraplaczy montowanych gdzie popadnie i grosza sypiącego się obficie za te wyrafinowane działania.

Nasza Berenika pod koniec miesiąca jedzie do Kalifornii, do Stanfordu i w inne miejsca, na zwiedzanie. Gros 30-osobowej grupy stanowią ścisłowcy, mają ich oprowadzać polscy naukowcy zatrudnieni w różnych głośnych miejscach. Czy jest to forma brain drainu nowego typu, bo wszak wszystko (prawie) na tej wycieczce jest za darmo? Chcąc się zakwalifikować Berenika musiała pokonać mrowie konkurentów z całej Polski. Okazało się przy tym, że trzeba zorganizować masę dokumentów wszelkiej maści, od pozwolenia od rodziców dla nieletniej po szczepienia na covid. Dziś chodziłem za dolarami, żeby latorośl miała na drobne wydatki; przy okazji dowiedziałem się, że banknoty z małymi obrazkami już nie chodzą i kto je ma, ten nawet nie może ich przepić.

Wkrótce – we wtorek – wyjazd do Myślenic. Wychodzi na to, że jeszcze raz jadę w celu posprzątania ostatnich ksiąg i papierów, spakowania wszystkiego co godne zabrania w kartony, a potem już tylko drugi kurs furgonetką i szlus. I od razu wiem, że tak to nie przebiegnie, bo rozgardiasz tam zostawiłem niekiepski. Zaczynałem to jeszcze na początku marca, dwa razy złapał mnie śnieg, a teraz proszę – list opada z gałęzi i ma się wrażenie, jakby cały rok minął. I rzeczywista minął,  sześć miesięcy (na razie) na stłuczkę, tylko ciśnienie od nerwów rośnie. Czasem myślę, że to jednak przywilej, te Myślenice, takie „długie pożegnanie” ze światem młodości i ogólnie przeszłości, i wstęp do zamykania różnych frontów – zamykania szerszego i bardziej kategorycznego.

 

Prześlij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *



Reklama

Senni zwyciezcy

Książka do kupienia w Stalker Books

planeta smierci cover

Książka do kupienia w Stalker Books

Człowiek idzie z dymem - Marek Oramus

Książka do kupienia w Stalker Books

COVER bogowie lema

Książka do kupienia w Stalker Books