Dzień 410, piątek 23 kwietnia 2021

Od końca marca wahadło epidemiczne znalazło się najpierw w strefie bardzo wysokich wartości zakażeń: notowano rekordy ponad 36 tys. nowych przypadków dziennie. Teraz te liczby spadły do poziomu mniej więcej 10 tys. dziennie, a więc znacznie. To nadal jest dużo, ale można wytrzymać. Nieodmiennie natomiast, dzień w dzień, wynoszą ze szpitali po 700 trupów i to najlepiej świadczy o poziomie służby zdrowia. Kraj wskutek działania różnych czynników nie jest w stanie skutecznie leczyć swoich obywateli.


Dzień 380, środa 19 marca 2021

Gołe dane: wczoraj liczba zakażonych wyniosła 16 741, zmarłych – 396. Dziś ten wynik został pobity z kretesem, przy okazji ustanowiony został rekord pandemii w Polsce: 29 978 zakażonych i 575 trupów, czyli więcej niż dwa strącone samoloty pasażerskie. Łącznie od początku pandemii zakażonych mieliśmy 2 mln 120 tys, a nieboszczyków ponad 50 tys., czyli jedno spore miasto. W internecie wymieniano konkretnie Piaseczno, Stargard, Zawiercie, Wejherowo, Świętochłowice, Ostrołękę. Jedno z nich uważajmy za skasowane.


Dzień 361, piątek 5 marca 2021

Na froncie walki z Covidem-brzydem duże zmiany. W trosce o obywateli zakazano noszenia na ryju czego innego niż maski chirurgiczne. Od początku pandemii radziłem sobie tak, że zakładałem bandanę, którą naciągałem po oczy w sklepie albo na bazarze – gdzie indziej nie chodzę – a w szczerym polu, gdy nikogo nie było, obsuwałem ją na brodę. Teraz wyglądam jak cap z zieloną łatą na pysku: broda rozrosła mi się tak, że maska jej nie obejmie. Ale nos i usta mam zakryte zgodnie z rozporządzeniem.


Dzień 345, środa 17 lutego 2021

Nie napisałem nic przez 53 dni, choć pandemia trwa w najlepsze. Ale z jednej strony człowiek jest tym znudzony, a z drugiej zacząłem inne trochę większe prace. Pierwszą było opowiadanie „Wschód słońca nad Doliną Marinerów” do antologii o Marsie Wojtka Sedeńki (tytuł obecny: „Sierść diabła”), drugim tekst z okazji roku lemowskiego. Ten drugi, zatytułowany „Lemiesz futurologiczny”, udało mi się przedwczoraj zakończyć. Ma otwierać numer poświęcony Lemowi kwartalnika „Nowy Napis” czy jakoś tak. Nigdy nie miałem go w ręce.


Dzień 292, sobota 26 grudnia 2020

W tym roku nasza wigilia wyglądała w ten sposób, że umówiliśmy się z dziadkami w Zenonowie na krótkie spotkanie w środku dnia. Pogoda jak w kwietniu, jeszcze parę dni, a ruszy na dobre wegetacja, trawa po wiosennemu zielona… i tylko sterty opadłych liści pod drzewami. Pokręciliśmy się trochę po terenie, wypiliśmy po herbacie z pigwą (to jedno, co tam dobrze rośnie), pogadaliśmy chwilę, przełamaliśmy się opłatkiem – każdy swoim – wymieniliśmy prezenty i do domu. Wieczorem patrzyłem, czy po zachodniej stronie pokaże się słynne złączenie Jowisza z Saturnem, ale gdzie tam. Podobno to one dwa tysiące lat temu skutecznie odegrały gwiazdę betlejemską, która szła po niebie w stronę stajenki. Dziś niebo zachmurzone, miasto rozświetlone, niedługo w tej powodzi światła żadnej gwiazdy nie będzie widać. Podobno w Ameryce ludzie z wielkich miast, oślepieni łuną miejską, mocno się dziwują, gdy ich wywiozą w interior, co to za punkciki kłębią się im nad głową.


Dzień 276, czwartek 10 grudnia 2020

Nie chciało mi się pisać ostatnio, nie było o czym. Codziennie po paręnaście tysięcy nowych zakażeń i po 500 – 600 trupów. Wymowa tych danych jest bezlitosna: Polska pod względem ochrony medycznej to nie nowoczesny kraj XXI wieku, tylko jakiś bantustan, w którym ludzie mrą jak muchy. W pewnym miasteczku chorych – niekoniecznie na COVID – do szpitala wozi straż pożarna. Jednego dowieźć nie zdążyli i tak zmarł niepotrzebnie 13-letni chłopak.